Chrześcijańskie apostolstwo nadziei

Józef Tischner (Paryż, 1984). Fot. Stanisław Fredro-Boniecki © Recogito

Wspólnota z cierpiącymi narzuca pewne obowiązki. Przede wszystkim pojawia się obowiązek ratunku w duchu przypowieści o miłosiernym Samarytaninie. Najpierw trzeba opatrzyć rany. Ale czy można na tym poprzestać? Wcześniej czy później pojawia się pytanie o źródło ran. Skąd biorą się zbójcy i dlaczego napadają na przechodniów? Pytanie to otwiera przed nami trudną drogę rozumienia tajemnic życia społecznego oraz biegu procesów dziejowych. Aby zrozumieć, trzeba najpierw nazwać. Pierwszym zadaniem na drodze rozumienia jest wyszukanie właściwej nazwy dla bólu, który dręczy człowieka. Błędna nazwa może nas zwieść na manowce.

W XIX wieku istotę naszych bólów społecznych oddawało najczęściej jedno słowo: niewola. Stąd narodził się nakaz walki o niepodległość narodu. Jakiego słowa należałoby użyć dzisiaj? Najczęściej słyszymy: kryzys pracy. Istotnie, mówiąc tak, znajdujemy się w sercu problemu.

Proponuję jednak pewną poprawkę. Słowo „kryzys” brzmi obco i w dodatku zbyt fatalistycznie. Kryzysy przychodzą jak zrządzenia złego losu, jak burze, powodzie, trzęsienia ziemi, przeciwko którym niewiele można począć. Jedynie słowo „praca” trafia w sedno sprawy. Praca jest jednak zawsze dziełem ludzkim, jeśli więc coś złego dzieje się z ludzką pracą, nie należy upatrywać źródeł nieszczęścia w ślepym zrządzeniu losu, lecz od początku widzieć je w jakimś braku ludzkim, w wadzie ludzkiego rozumu lub serca, w błędzie wspólnoty. Nie mówmy więc „kryzys”, lecz powiedzmy po prostu: zniewolenie. Pojęcie zniewolenia ma tą dobrą stronę, że z góry określa kierunek nadziei. Nadzieją jest niepodległość pracy.

Budowanie l odbudowywanie pracy niepodległej wymaga wielu wysiłków na różnych poziomach. Najczęściej wskazuje się na poziom polityczny l ekonomiczny. Oprócz nich istnieje jednak jeszcze poziom etyczny, na którym chodzi o cos bardziej zasadniczego. Apostolstwo chrześcijańskie musi myśleć o człowieku i jego losie w sposób konkretny, musi widzieć konkretny biedę i konkretną rozpacz człowieka i z tego punktu widzenia oceniać bieg spraw świata. Etyczny punkt widzenia apostolstwa polega na tym, ze zawsze będzie się tu sprowadzało wszelkie zło społeczne do podstawowego braku w człowieku – braku miłości bliźniego. Nie sprzeciwia się to innym punktom widzenia, ale stanowi ich niezbędne uzupełnienie. Różnica spojrzeń pociąga za sobą różnicę kierunku budowania nadziei. Polityka będzie się obracać wokół problemu władzy, ekonomia wokół spraw systemu produkcji i konsumpcji, zaś etyka będzie dążyć do wychowania ludzi – zarówno rządzących, jak i rządzonych.

Wielką okazją do wytyczenia sprawy nadziei są zawsze czarne chwile, w których ludzie i narody tracą nadzieję. Chwile te zazwyczaj przekleństwem człowieka. Mogą jednak stać się błogosławionymi chwilami odnalezienia prawdy o nadziei podstawowej, a więc niezniszczalnej, a także prawdy o sytuacji, w jakiej żyje człowiek. „Bo nadzieja jest z prawdy, z niej doświadczenie i wytrwałość – ale i sąd jest z prawdy” – powiedział Norwid. Pierwszym zadaniem apostolstwa pojętego jako „proroctwo szczere” jest przemienienie czarnych godzin utraty nadziei w błogosławione chwile odnalezienia prawdy. […]

Naszą dzisiejszą sytuację można opisać posługując się pewnym obrazem, zaczerpniętym ze szpitala. Oto obłożnie chory człowiek. Nad nim stoją dwaj 1ekarze, wiodąc spór, który z nich jest lepszy […]. Lekarze toczą spór, a czas płynie i chory słabnie. Podobnie rzeczy się mają z nami: chora praca narodu, chory naród a nad nim wysokie spierające się strony. Zapytajmy wprost: kto wygra ten spór? Czy ten, kto poda więcej argumentów za tym, że jest lepszy i bardziej postępowy? Nie. Wygra ten, kto pierwszy poda właściwe lekarstwo. Sytuację naszą określa wezwanie, które jest wezwaniem chwili: trzeba się spierać dla dobra chorego, a nie ku jego dodatkowemu nieszczęściu.

Ustalmy zatem sens choroby. Zgadzamy się, że chodzi o zniewolenie pracy. W zniewoleniu tym można wyróżnić trojakie zło: zło osobowe, zło modelowe i zło systemowe. Zło osobowe ma swe źródło w prostej nieuczciwości konkretnego człowieka – w zbójeckim charakterze zbójców, w nieuczciwości sklepikarzy, w przekupstwie urzędnika.

Zło modelowe wiąże się bezpośrednio z modelem życia społecznego, jaki obowiązuje w kraju i jest w znacznym stopniu niezależne od uczciwości konkretnego człowieka. W krajach demokratycznych pojawia się zło charakterystyczne dla demokracji, w krajach totalitarnych – zło totalitaryzmu. Demokracja ateńska zabiła Sokratesa, totalitaryzm hitlerowski zabił Ojca Kolbe. Zło systemowe jest jeszcze bardziej zasadnicze. Jego źródłem jest zazwyczaj religia lub ideologia inspirująca całość życia społecznego, określająca najogólniejszą ideę dobra i zła stosunków międzyludzkich. Rozróżnienie zła osobowego, modelowego i systemowego – mimo że nie dość precyzyjne – rzutuje na ewentualne sposoby usunięcia zła. Wydaje się, ze stosunkowo najłatwiej zwalczać zło osobowe – wystarczy schwytać zbójców, a stanowiska społeczne obsadzić ludźmi uczciwymi. Trudniej jest zwalczać zło modelowe, jeszcze trudniej zło systemowe. Walka z tymi ostatnimi odmianami zła może się rozciągnąć na epoki. Zawsze jednak należy rozpoczynać od próby głębszego zrozumienia istoty zła, o które chodzi, jego pochodzenia i warunków powstania. […]

Czym jest praca zniewolona? W odpowiedzi należy rozróżnić: wyzysk i marnotrawstwo. Wyzysk jest nadużyciem siły człowieka pracującego, jest pracą ponad siły, pracę nieopłaconą, a w konsekwencji – jak mówił Marks – przywłaszczeniem przez kapitalistę wartości dodatkowej. Marnotrawstwo idzie w przeciwnym kierunku – jest przede wszystkim niewykorzystaniem siły, nie wyzyskaniem możliwości, talentów, ludzi i ich pracy. O ile wyzysk towarzyszy systemom kapitalistycznym, to marnotrawstwo stało się plagą naszej sytuacji. […]

Marnotrawstwo pracy jest zjawiskiem niezmiernie złożonym. Inne treści odkrywa w nim ekonomista, inne polityk, a inne rzecznik chrześcijańskiej etyki. Stąd tez inne są propozycje wyjścia ze stanu marnotrawstwa. Etyka widzi w tym stanie zło moralne, a więc wadę człowieka, ludzi. W smutnym dziele marnotrawienia bierze udział co najmniej dwóch – ten, kto marnuje, i ten, kto pozwala marnować. Marnotrawstwo jest zatem wadą relacji międzyludzkich. Zło etyczne marnotrawstwa polega na tym, że w człowieku marnotrawionym próżna staje się sama dobra wola służenia innym przez pracę. Mimo dobrej woli służenia pracą, człowiek czuje, ze jest bezsilny i bezbronny. Marnowanie dobrej woli człowieka jest złem wszelkiego zła. Kto nie chce dopuścić do tego, by dobra wola była dobra naprawdę, przymusza ją do tego, by była zła. […]

Obraz pracy zniewolonej jest wiec w przybliżeniu następujący: praca zniewolona w naszej sytuacji, to przede wszystkim praca marnotrawiona. Marnotrawstwo pracy jest marnotrawstwem dobrej woli człowieka, a więc zarazem jakimś przymusem ku woli przewrotnej, woli złej. Etyka ukazuje w marnotrawstwie zło osobowe. Zarazem jednak każe myśleć o modelu i systemie. Oczekuje nas długi i żmudny proces reformy pracy. Zmiany modelowe wymagają czasu, zmiany systemowe – odwagi myślenia. Niezbędne są również zmiany osobowe. Powstaje bowiem pytanie: czy człowiek, który raz pozwolił się zapędzić w stan marnotrawstwa pracy, ma jeszcze dość siły, odwagi i rozumu, by z tego stanu wyjść? Czy nie trzeba do tego innego człowieka? Pouczająca jest przy tym historia polskich walk o niepodległość: naród, który po stu pięćdziesięciu latach niewoli odzyskał niepodległość, nie był już tym samym narodem, który ją kiedyś utracił. Do wielkiego czynu niepodległości nie był już zdolny dawny naród.

Jaką rolę w procesie wyzwolenia pracy może odegrać apostolstwo? Wiemy, ze może ono demaskować zło – zło osobowe, a nawet modelowe i systemowe. Czy wyklucza to rolę pozytywną? Czy i w jakim zakresie możliwe jest pozytywne budowanie nadziei? Pytanie takie jest dla apostolstwa istotne, jeśli nie ma ono być jedynie kuglarstwem i kabalistyką. […]

Napisał Cyprian Norwid: „…robienie reform powzajemnia się z odrodzeniem ludzi, inaczej byłyby reformy robione albo za późno, to jest zostawałby na papierze, albo przedwcześnie, to jest potrzebowałyby gwałtu publicznego…” (Znicestwienie narodu, w Siedemset lat myśli polskiej, Filozofia i myśl społeczna w latach 1831–1864, wybrał Andrzej Walicki, Warszawa 1977. s. 671). Każdy krok na drodze ku wyzwoleniu wymaga uprzedniego wychowania ludzi do podjęcia nowej odpowiedzialności. Bez takiego przygotowania reformy mogą zakończyć się tragedie, a życie społeczne może się cofnąć nawet poza punkt wyjścia. Chrześcijańskie apostolstwo nadziei niesie w sobie propozycje przemiany osobowej, obmyślanej na miarę dziejowej próby. W propozycji tej, niezależnie do miejsca i czasu, zawsze powtarza się idea braterstwa. W czasach Norwida mówiono: „za naszą wolność i naszą”. Dziś myśl taką wyraża przesłanie Jana Pawła II, który pisze: „Dla realizacji sprawiedliwości społecznej w różnych częściach świata, w różnych krajach i we wzajemnych między nimi stosunkach, potrzebne są coraz to nowe fronty solidarności ludzi pracy, a takie solidarności z ludźmi pracy. Solidarność ta winna występować stale tam, gdzie domaga się tego społeczna degradacja podmiotu pracy, wyzysk pracujących i rosnące obszary nędzy, a nawet wręcz głodu. Kościół jest w tej sprawie żywo zaangażowany, uważa bowiem za swoje posłannictwo, za swoją służbę, za sprawdzian wierności wobec Chrystusa – być Kościołem ubogich” (Laborem exercens, nr 8).

Idea solidarności z uciemiężonymi przejawia się najpierw postawą samarytańską. Samarytańska pomoc umęczonym stała się niekwestionowaną oczywistością chrześcijańskiego apostolstwa. Wiemy jednak, ze samo opatrywanie ran zadanych przez zbójców nie wystarczy, ze trzeba postawić pytanie, skąd biorą się zbójcy i w ten sposób wytoczyć drogę reformie społecznej. Ale wszelka reforma świata musi się zacząć lub co najmniej musi uwzględnić konieczność reformy człowieka. Stąd główną propozycją apostolstwa chrześcijańskiego jest mniej lub bardziej jasna propozycja osobowa, czyli propozycja nowego człowieka na miarę dziejowej próby.

Jak przedstawia się treść owej propozycji w naszym polskim przypadku? Zagadnienie nie jest łatwe i trudno je tutaj wyczerpać. Jedno trzeba w każdym razie podkreślić; potrzebnego nam wzoru i osobowego nie mógł nam dostarczyć ani Zachód, ani Wschód. Człowiek Zachodu przeżywa od dłuższego czasu kryzys tożsamości i gubi się w fascynacji przedmiotami – własnymi wytworami, zaś człowiek chrześcijańskiego Wschodu nie umie jeszcze, a może nie widzi, potrzeby powiązania wiary z uczynkami o społecznym znaczeniu. Chrześcijaństwo polskie musiało samo szukać i samo tworzyć. Co wytworzyło? Jak wygląda współczesny ideał Polaka, zrodzonego przez apostolstwo Kościoła, przez promieniowanie ideałów socjalizmu, z mocną tradycją narodową i ciężkimi chwilami dziejowych prób? Jedno można powiedzieć o tym ideale: jest on bardziej niż kiedykolwiek wrażliwy na krzywdę społeczną i dlatego bardziej gotowy do spieszenia uciemiężonym z samarytańską pomocą. Obowiązki samarytańskie stały się podstawowym czynnikiem międzyludzkiej solidarności. Stąd postulat walki o sprawiedliwość społeczną bez przelewu krwi. Dość już krwi wsiąkło w ojczystą ziemię. Rysuje się nowa forma heroizmu narodowego, różna od dziewiętnastowiecznej. Pisał o tym Antoni Kępiński: „Za bohaterstwo zaczyna się uważać odwagę przekonań, szukanie nowych sposobów widzenia rzeczywistości, poświęcenie życia dla nauki czy sztuki itp. Nie wiadomo jeszcze, jaki ma być bohater naszej epoki, ale wiadomo, że ideał bohatera wojennego nie jest już pierwszoplanowy”.

Apostolstwo, to „proroctwo szczere” – powiada Norwid. Czy jednak można przepowiadać przyszłość? Można, ale pod jednym warunkiem: że się tę przyszłość prorokowaniem swym zarazem buduje. Apostolstwo chrześcijańskie jest pracą nad nadzieją człowieka. Nadzieja chrześcijańska ukazuje w zmienności tego świata to, co niezmienne, trwałe, ogólnoludzkie. I wokół tego właśnie buduje swe dzieła. Można to porównać do sadzenia dębów. Apostolstwo jako „proroctwo szczere” sadzi dęby, które przetrwają niejedną burzę i w swoim czasie wydadzą obfity owoc. Trzeba stwarzać to, co się zapowiada – oto klucz do apostolstwa. Im trwalszy wytwór, tym bardziej niezawodna nadzieja.

Ważna jest przy tym wiedza o ideale końcowym. Trzeba mieć taki ideał, nawet jeśli wiadomo, że nie da się on urzeczywistnić do końca. Ideał bowiem oświetla drogę. Dzięki niemu nie chodzi i się w ciemnościach. Naszym ideałem jest niepodległość i pracy. Na czym ona polega? Raz jeszcze posłużymy się Norwidem: „…naród składa się nie tylko z tego, co wyróżnia go od innych, lecz z tego, co go z innymi łączy…” (Znicestwienie narodu). Tym, co zarazem wyróżnia naród i łączy wewnętrznie i zewnętrznie, jest praca narodu. Praca nie jest egoizmem, lecz służbą. Powstaje ona jako decyzja współpracy w tworzeniu dzieła.

Niepodległość pracy jest najpierw u swego początku samodzielnością decyzji podjęcia i budowania pracy. To moja decyzja. Decyzja osobista i własna. Wolna decyzja. Zarazem jest to decyzja otwarta na decyzje innych, bo nikt nie pracuje w samotności. Niepodległość pracy jest wyznaczona przez dwa czynniki; samodzielność decyzji i równość współpracy z innymi. Jesteśmy sobie równi, gdy jednako zależymy od siebie i jednako nie zależymy.

Ale to nie wszystko. Aby decyzja pracy i współpracy mogła być decyzja autentyczną, musi być dopełniona w otwartej przestrzeni prawdy. Decyzja w ciemności jest zawsze decyzją pod przymusem. Jest lękiem i niepewnością. Warunkiem niepodległości pracy jest więc niepodległość prawdy – życie wolne od iluzji. Odpowiedzialność za prawdę ludzi kultury i ludzi nauki jest podstawową formą odpowiedzialności za niepodległą pracę. Kiedyś mówiło się, że rozwój pracy jest warunkiem rozwoju kultury. Dziś rozwój kultury jest warunkiem rozwoju pracy. A nawet więcej. Ponieważ praca jest częścią kultury, a kultura częścią pracy, nie można niszczyć jednego i rozwijać drugie. Wtedy niszczy się wszystko.

Idea niepodległości pracy łączy w jedno dwie tradycje – tradycję narodowej walki o niepodległość państwa i tradycję społeczną walki o wyzwolenie pracy. Jest głęboko zakorzeniona w polskiej przeszłości. Zarazem jednak ukazuje swoistość dzisiejszej sytuacji: dziś niepodległość każdego narodu jest przede wszystkim niepodległością jego pracy. Ceni się narody wedle tego, jaki wkład wnosi ich cielesny i duchowy wysiłek w skarbiec wartości ogólnoludzkich.

Mówi się, że aby coś tworzyć w historii, trzeba mieć nadzieję, ze tworzenie takie ma sens. Okazuje się jednak, ze prawdą jest także cos przeciwnego: tworząc dobro pełne sensu, tworzymy nadzieję. Nadzieja rośnie w miarę tego, jak rośnie zasadzony przez niepodległych ludzi niepodległy dąb.  

Józef TISCHNER

Ks. prof. Józef Tischner (1931-2000), fenomenolog, profesor Papieskiej Akademii Teologicznej i Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, w latach osiemdziesiątych prezes wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku, autor m.in. Świata ludzkiej nadziei, Etyki Solidarności i Myślenia według wartości. W sumie opublikował dziewięć książek na temat etyki, teologii i historii. Był kapelanem „Solidarności” i współtwórcą tzw. filozofii spotkania. Wielokrotnie występował w paryskim Centrum Dialogu, głosił konferencje czy też prowadził rekolekcje w pallotyńskim Duszpasterstwie Akademickim. W czerwcu 1984 mówił na temat apostolstwa. Na ten sam temat miał wykład w paryskim Instytucie Katolickim. Powyższy tekst to fragmenty wystąpienia Józefa Tischnera w pallotyńskim Centre du Dialogue przy rue Surcouf 23 w Paryżu. 

Recogito / Archiwum pamięci, kwiecień-czerwiec 2002