Zdradzona miłość

Marie Tourell Søderberg w filmie 1864 – brødre i krig (2014) © Per Arnesen, Miso Film / DR

Ani

Recenzenci z „Berlingske” nie szczędzili krytycznych uwag twórcom filmu 1864 – brødre i krig [1864 – w polskiej wersji, pomijającej w tytule i braci, i wojnę] z Marie Tourell Søderberg (jako Inge), Jakobem Oftebro (Laust) i Jensem Sætter-Lassenem (Peter) w rolach głównych. Najstarszy duński dziennik był bardziej łaskawy, gdy w 2015, kilka miesięcy po premierze telewizyjnej sagi, pojawiła się wersja kinowa wojennego dramatu a zarazem miłosno-patriotycznej opowieści. Jacob Wendt Jensen, znany krytyk filmowy, który swego czasu listem otwartym do Larsa von Triera (stwierdzającym, że autor Dogville poszerza granice kina) zyskał duży rozgłos, mniej był łaskawy dla Ole Bornedala. Autor poczytnych biografii duńskich gwiazd, tak popularnych jak Lise Nørgaard, Nina van Pallandt, Victor Borge czy Ove Sprogøe, wypomniał reżyserowi dłużyzny i nadmiar dialogów o silnie ideologicznym zabarwieniu. Na szczęście – zdaniem Jensena – wyciągnął on wnioski ze swojej porażki i, w mocno okrojonej kinowej wersji, skupił się wyłącznie na wojnie i miłości.

Najdroższa duńska adaptacja filmowa, do której zaangażowano blisko 6000 statystów i 160 aktorów, miała być gotowa na kwiecień 2014, w 150-lecie krwawej bitwy o Dybbøl Banke i Sønderborg, symbol narodowej katastrofy i przykład, do czego prowadzi polityczne zaślepienie oraz fałszywie pojęty patriotyzm. W rezultacie z jubileuszową superprodukcją udało się wystartować dopiero jesienią. Z kolei skrócona wersja żołniersko-romantycznego eposu, która miała być pewnikiem na Berlinale w 2015 roku, ostatecznie i tak poległa. Nie z powodu użytych środków i sposobu narracji, lecz faktograficznych przekłamań. Film krytykowali nie tylko specjaliści od historii. Na niewiele zdały się tłumaczenia, że to fikcja artystyczna posiłkująca się prawdziwymi wydarzeniami. Przedstawiciele nacjonalistycznej Dansk Folkeparti, drugiej siły w duńskim parlamencie, wystąpili nawet z postulatem, żeby przed przystępowaniem do podobnych przedsięwzięć najpierw wypowiadali się niezależni eksperci, w tym przypadku historycy. I żeby w przyszłości do nich należał decydujący głos, na co mają iść publiczne pieniądze. Mimo rozlicznych kontrowersji już pierwsze odcinki emisji ściągnęły miliony widzów.

Reklama francuskiej wersji filmu 1864 – brødre i krig (2015) © Arte

Serial odniósł duży sukces na Wyspach Brytyjskich. Zadurzyli się w nim widzowie w Finlandii i Szwecji. Wyemitowany przez francusko-niemiecki kanał telewizyjny Arte we Francji był reklamowany jako epopeja o miłości i zdradzie w czasie wojennej zawieruchy (1864 – Amour et trahisons en temps de guerre); podobnie było w Niemczech (1864 – Liebe und Verrat in Zeiten des Krieges). W istocie emisja filmu o bitwie, nazywanej często rzezią pod Dybbøl, świadomie została powiązana z setną rocznicą pierwszej wojny światowej. Przez wielu bowiem uznawana jest za złowieszczy zwiastun tego, co miało się wydarzyć pół wieku po krwawych bataliach, jakie przypieczętowały klęskę Danii. I przyczyniły się do odrodzenia militarystycznych nastrojów pośród pruskich elit. Otto von Bismarck, dzięki zwycięskiej drugiej wojnie o Szlezwik, zrobił pierwszy poważny krok na drodze do niemieckiej dominacji w Europie i utworzenia Drugiej Rzeszy.

Laust i Peter poznają Inge jako chłopcy. Z córką zarządcy folwarku dzielą radości i smutki, w tym utratę własnego ojca, który okazał się, na skutek gangreny, spóźnioną ofiarą pierwszej wojny o Szlezwik w latach 1848-1851. Dorastając coraz bardziej zadurzają się w swojej przyjaciółce i współuczestniczce młodzieńczych eskapad. We trójkę przyrzekają sobie, że zawsze będę siebie kochać i że nie będzie między nimi żadnej niezdrowej rywalizacji. Wraz z dojrzewaniem i potęgowaniem się miłosnych afektów następuje wzrost patriotycznych uczuć. Bracia dają się ponieść wzniosłym ideałom i – tak jak większość młodych Duńczyków – pragną udowodnić, że są wiernymi poddanymi swego króla i potrafią zawalczyć o honor swojej ojczyzny. Początkowo jedynym bolesnym dylematem zdaje się konieczność pozostawienia Inge bez współbratniej kurateli. Ambitne deklaracje nie wytrzymują próby czasu. W przypływie namiętności, a także wskutek podstępu, Inge oddaje się Laustowi. Gdy ona upewnia się, że zaszła w ciążę, bracia są już na froncie. Przez pewien czas, choć jest w stałym kontakcie z jednym i drugim synem Thøgera Jensena, udaje się jej ukryć przed Peterem, co się wydarzyło. Każdego z braci podtrzymuje świadomość, że będą mieli do kogo wrócić. Ale przez przypadek list od Inge do Lausta wpada w ręce Petera. I prawda wychodzi na jaw. Dalsze dzieje wielowątkowej, mocno powikłanej miłosnej epopei – bardzo skrótowo rzecz ujmując – są równie dramatyczne, co próba dotarcia Inge do braci, co fałszywa wieść o zgonie Lausta w wyniku odniesionych obrażeń, wreszcie: prawdziwa jego śmierć oraz przekonanie, że Peter również poległ. Dodatkową ironią losu zdaje się dostarczony przez jednego z ocalałych towarzyszy list. Trafia nie w ręce ukochanej kamrata, lecz jej matki.

„Moja droga i ukochana Inge! Jeśli czytasz ten list, oznacza to, że nie żyję. Nie zrealizujemy pragnień. Nie osiągniemy tego, o czym marzą wszyscy, którzy spotykają ukochaną osobę i liczą na szczęście. […] Dania przegrała bitwę i my przegraliśmy. Obiecaj mi, najukochańsza, że będziesz szukać życia, światła, piękna, którym zachwycało się Twoje serce, jak i szczęśliwości, pasji i wiary. Poszukaj żyznej ziemi, w której będziesz mogła rozkwitnąć. Nigdy nie przestanę Cię kochać. Twój Laust”1 – zapewniał zza grobu jeden z nieszczęśliwych kochanków. Jego prośby, pragnienia i przypieczętowane krwią wyznania – niemal jak zgubne rojenia o chwale i potędze – trawią niszczące płomienie. Ingrid Juhl jest przekonana, że wrzucając list do ognia, chroni swą córkę przed kolejnymi nieszczęściami.

Po latach, nieoczekiwanie, z niewoli powraca Peter. Jego spotkanie z – jak się okazuje – baronową Inge jest jeszcze jednym okrutnym zderzeniem z realiami, ze społeczno-politycznymi uwarunkowaniami, jak i gnieżdżącym się głęboko w duszy poczuciem bezradności. To, co miało być wielkie i piękne, jak szlify zdobyte na polu chwały, okazuje się równie bezwzględne i wstrząsające, równie tragiczne. W sumie wszyscy płacą wysoką cenę. Ale na koniec pojawia się jaskółka nadziei (w filmie jest to skowronek). Albowiem Peter postanawia odnaleźć – oddanego do przytułku, bo nie mógł się wychowywać z pańskimi dziećmi – syna Lausta i Inge i uczynić z niego własnego dziedzica.

Claudia (Sarah-Sofie Boussnina) i Zlatko (Besir Zeciri), współcześni bohaterowie filmu 1864 – brødre i krig (2014) ©Per Arnesen, Miso Film / DR

Pośród wielu postaci, charakterów, sytuacji, kontekstów i ukrytych znaczeń, wśród rozmaitych wątków i odniesień, pomimo wyraźnych akcentów i świadomych przemilczeń, jedno chyba nie umyka uwadze, tak wyrobionego jak i mniej wymagającego widza: dawno miniona przeszłość nie jest tak odległa jak mogłoby się wydawać i decyduje, nierzadko na długie lata, nie tylko o przebiegu granic, podziale wpływów czy sposobie sprawowania władzy. Wskazują na to współczesne (obecne jedynie w wersji telewizyjnej), kluczowe wątki, odsyłające do ocalałych, odnalezionych pamiętników Inge Juhl z 1939 roku, jak i swoista lekcja historii, a zarazem odzyskiwania świadomości, jakiej doświadcza Claudia (grana przez Sarah-Sofie Boussninę, aktorkę o tunezyjsko-duńskich korzeniach), która ze swoim chłopakiem, handlarzem narkotykami o imieniu Zlatko (kreowanym przez Besira Zeciriego, aktora o albańsko-macedońskim rodowodzie), udaje się na szkolną wycieczkę na miejsce najkrwawszej w dziejach Danii bitwy. Fakty z przeszłości odsłaniają się przed nią powoli. Sama, razem ze swoimi rodzicami, należy do ofiar jednego ze współczesnych konfliktów. Straciła brata (najprawdopodobniej w Afganistanie) i nie bardzo wiedząc, co ma ze sobą zrobić, a jednocześnie nie mogąc patrzeć jak ojciec i matka nie potrafią się pozbierać, trafia do barona Severina, aby się nim zaopiekować. Przykuty do wózka inwalidzkiego, prawie ślepy, cierpiący na demencję dziewięćdziesięcioletni starzec odziedziczył rezydencję po Didrichu i Inge. Szukając czegoś, co można by ukraść i spieniężyć, aby jej chłopak mógł zakupić narkotyki, trafia na odręcznie zapisany sztambuch. Dzięki niemu odkrywa, że babką Severina była Inge, zaś jej pra-pra-pra-prababką Sofia, najlepsza przyjaciółka Inge, która później poślubiła Petera i wychowała jej syna. Wcześniej próba „opylenia” jubilerowi skradzionej biżuterii kończy się fiaskiem. Jedynym możliwym ratunkiem zdaje się Claudii ucieczka przed policją, powrót do posiadłości, czyli na miejsce „zbrodni”. Przyznaje się baranowi do swojego postępku, lecz ten, zamiast ją wydać i potępić, zapewnia ją, że wie o wszystkim i wszystko jej wybacza. Gdy, na prośbę Severina, odczytuje jemu ostatnie karty dziennika, dochodzi do wniosku, że został on dla niej napisany. Gdy podekscytowana pyta o to starca, okazuje się, że baron zmarł podczas czytania.

*

Niemieckie wydanie książki Slagtebænk Dybbøl © Osburg Verlag

Nie przypadkiem wśród konsultantów przy produkcji telewizyjno-kinowej sagi znalazł się Tom Buk-Swienty, bowiem to jego powieści historyczne, Slagtebænk Dybbøl [Rzeź pod Dybbøl] z 2008 roku oraz Dommedag Als [Dzień sądu nad Als] z 2010, stały się kanwą filmowej opowieści. Notabene duńskie slagtebænk to tyle, co ława rzeźnicza stosowana w zabijania zwierząt, znana od XII wieku jako mensa carnifiucium, która zyskała z czasem nazwę jatki, przeznaczanej również do handlu mięsem pochodzącym z prywatnego albo pokątnego uboju. Zdobywaca prestiżowych wyróżnień, przyznawanych za historyczną książkę roku (Årets historiske bog), za największe literackie osiągnięcie (Årets faglitterære pris), a także najbardziej cenionej w kraju Hansa Christiana Andersena i Karen Blixen Nagrody Sørena-Gyldendala, ani od strony ojca, ani od strony matki nie należał do autochtonów. Ojciec urodził się podczas drugiej wojny światowej na Śląsku i należał do – jak podkreślał sam pisarz – Vertriebenen (wypędzonych), ocalałych razem z bratem dzięki swojej matce. Dorastał w Osnabrück i Hameln nad Wezerą z piętnem wygnania i upokorzenia. Jako dziesięciolatek przeżył powrót z Syberii swojego dziadka, któremu – według rodzinnych relacji – sowiecka niewola złamała serce. Sprawiła, że Johann Swienty nigdy nie zdołał się podnieść. W wieku osiemnastu lat, żeby sobie dorobić, Bernhard Swienty wybrał się do Danii na wakacje i zakochał się w piętnastolatce z Århus. Kolejny raz spotkał się z Anne-Marie dopiero po kilku latach. Wzięli ślub i osiedlili się w Eutin, należącym do landu Szlezwik-Holsztyn. Tam, w 1966 roku, przyszedł na świat Tom. Stamtąd rodzice razem z nim przenieśli się do Hamburga, gdzie ojciec – jako osoba nienawidząca wszystkiego, co powiązane z wojną – odbywał swoją służbę cywilną. Następnie, gdy jako inżynier Bernhard zdobył zatrudnienie w Nordborg, w firmie Danfoss produkującej komponenty do maszyn chłodniczych i ogrzewczych, wszyscy przeprowadzili się do Sønderborg na jutlandzkiej wyspie Als.

Dla pół-Niemca, pół-Duńczyka życie w nowym otoczeniu nie było łatwe. W szkole koleżanki i koledzy naśmiewali się z jego niemieckości. W dużym stopniu względy środowiskowe, oprócz wyraźnego wpływu matki, zadecydowały o tym, że język i kultura duńska zyskały pierwszeństwo. Po młodzieńczym zafascynowaniu bohaterami Karla Maya, wodzem Apaczów Winnetou i jego alter ego Oldem Shatterhandem, przyszła kolej na trylogię Thorkilda Hansena o duńskim handlu niewolnikami czy Det lykkelige Arabien (książce wydanej w Polsce pod tytułem Arabia Felix) o XVIII-wiecznej naukowej wyprawie Karstena Niebuhra do Arabii. Do bohaterów największych niemieckich prozaików, takich jak Thomas Mann, Erich Maria Remarque czy Stefan Zweig, dołączyły z czasem postaci z Haabløse Slægter [Beznadziejne pokolenia] Hermana Banga, Jonathans rejse [Podróż Jonatana] Martina A. Hansena czy Den lange Rejse [Długa podróż] Johannesa V. Jensena. Tom dorastał w Sønderborg, natomiast w dojrzałe życie wszedł podejmując studia z historii i amerykanistyki na Københavns Universitet, aby – żądny przygód i wiedzy – pogłębiać je na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Barbara. W latach 1994-2005 był amerykańskim korespondentem popularnego kopenhaskiego tygodnika „Weekendavisen”. Swoją ucieczkę od szarej rzeczywistości i podróż po Ameryce odbył – jak sam wyznał – w duchu autobiograficznych utworów Jacka Kerouaca oraz śladami bohaterek filmu Thelma i Louise. Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych otrzymał stanowisko wykładowcy Center for Journalistik przy Instytucie Nauk Politycznych, należącym do Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Południowej Danii w Odense. W 2012 postanowił poświęcić się głównie pisarstwu.

Pośród współczesnych autorów, którzy wpłynęli na jego spojrzenie na rzeczywistość i podejście do historii, znaleźli się między innymi Günter Grass, Heinrich Böll i Klaus Rifbjerg. Ogromny wpływ, jeśli chodzi o wybór tematyki i wewnętrzne, moralne konflikty bohaterów, miał na niego Siegfried Lenz. Tom Buk-Swienty zadebiutował w 1999 roku dziennikiem podróży a zarazem książką o podróżowaniu Amerika Maxima. Następnie obiektem jego zainteresowania stał się pochodzący z Danii dziennikarz i pionier social documentary photography Jacob Riis, któremu poświęcił, wydaną w 2005, biografię Den ideelle amerikaner. W 2007 wspomógł post mortem słynnego reportażystę dokumentującego życie imigranckich slumsów w opisaniu nieszczęśliwej jego miłości do Elisabeth Giørtz z rodzinnego miasta Ribe. Po książce Ren Kjærlighed kan jo aldrig dø [Czysta miłość nigdy nie umiera] ukazała się, przetłumaczona przez jego żonę Annette, biografia The Other Half: The Life of Jacob Riis and the World of Immigrant America [Druga połowa. Życie Jacoba Riisa i świat imigranckiej Ameryki]. Książka Rzeź pod Dybbøl, która przyczyniła się do zdobycia dużego rozgłosu w drugiej ojczyźnie pisarza, ukazała się w 2008. Swoje zrobiło dopiero przeniesienie jej na ekrany, zapewniając autorowi Slagtebænk Dybbøl zainteresowanie międzynarodowych gremiów. W Polsce film został wyemitowany trzy lata po premierze, pod tytułem 1864.

Kadr z filmu 1864 – brødre i krig (2014) ©Per Arnesen, Miso Film / DR

Nie byłoby 1864 – brødre i krig, gdyby nie książki Toma Buk-Swienty’ego i cały ciąg doświadczeń, związanych tak z niemieckimi jak i duńskimi jego przodkami. Pisarz, dziennikarz i historyk w jednej osobie, a ostatnio także konsultant filmowy, wielokrotnie podkreślał, iż przeszłość pełna jest wydarzeń prowokujących do myślenia, a jednocześnie skłaniających do rewidowania swoich poglądów. Nie jest to zabieg łatwy ani prosty. Ale trzymając się stereotypów, jak i uciekając się do narodowych mitologii, często przyczyniamy się do tragedii, których – tak w historii, jak i we własnym życiu – moglibyśmy uniknąć. Przemawiając podczas odbierania Dansk-Tysk Pris 2014 – nagrody przyznawanej między innymi przez Duńsko-Niemiecką Izbę Handlową, Kościół Reformowany Danii i niemieckojęzyczną gminę luterańską Sankt Petri Kirke w Kopenhadze – pisarz zdradził, dlaczego zajął się trudnym dla Duńczyków i Niemców zagadnieniem. Chociaż historycy przerobili ten temat, w powszechnej opinii – po stronie duńskiej – dominuje przekonanie, że wina Niemców jest oczywista, zaś Duńczycy bronili jedynie swoich praw. Powieści historyczne Slagtebænk Dybbøl i Doomsday Als – zażartował pisarz – o mało nie doprowadziły do trzeciej wojny o Szlezwik. Tymczasem konflikt 1864 roku obarcza sumienie obu narodów. Ważne jest ciągle przybliżanie przeciętnemu odbiorcy zawikłanych meandrów wielkiej polityki, ale też skomplikowanych społeczno-ekonomicznych powiązań i historycznych uwarunkowań. Albowiem tylko w taki sposób można się przyczynić do wyzbycia różnorakich fobii, chociażby kompleksu młodszego brata czy syndromu oblężonej twierdzy. Każda wojna niesie ze sobą lęk, zniszczenie, śmierć, żal i ból, ale ukazując ją z perspektywy szeregowego uczestnika wydarzeń odsłania się przed widzem czy czytelnikiem szersze tło. Za każdym zaś żołnierzem stoi matka, ojciec, żona lub dziewczyna, rodzeństwo i własne dzieci lub dziadkowie. Jeżeli pozwoli się takiemu wiarusowi – po jednej i drugiej stronie – opowiedzieć swoją historię, staje się oczywiste, że każdą niemal potyczkę na polu walki skonfrontować trzeba z innymi sytuacjami i mnóstwem faktów. I obraz nigdy nie jest czarno-biały.

Hans Horn w Wigilię Bożego Narodzenia 1944 roku © Kunstmuseet, Tønder

Gdy w październiku 2017 Tom Buk-Swienty wydał Det ensomme hjerte [Samotne serce], na łamach „Berlingske” Bent Blüdnikov stwierdził, że autor książki miał swoje powody, żeby z głównego bohatera, młodego żołnierza walczącego na froncie wschodnim, uczynić antynazistę pragnącego zająć się kulturą, pozostawiającego po sobie dziennik, z którego mogłoby wynikać, że przeciętny Niemiec nie pałał entuzjazmem do faszystowskich ideałów. Chcąc poznać źródła powstania książki, należałoby cofnąć się kilkanaście lat, do 1989 roku, kiedy to po śmierci Hansa Horna, lekarza, malarza i muzyka, który po wojnie wyemigrował z żoną Grelein do Danii, jego syn Thomas, również lekarz, odkrył 15 tomów jego zapisków. Dowiedział się z nich, jakie były koleje losu jego ojca i jakich okropności w czasie wojny był on świadkiem. Dzięki zapiskom syna urzędnika pocztowego wyszły na jaw również wstydliwe tajemnice, między innymi fakt, że jego matka zaszła w ciąże z nauczycielem gry na fortepianie. O rodzinnym sekrecie niektórzy członkowie rodziny dowiedzieli się dopiero pod koniec swojego życia. W 2013 roku Thomas Horn postanowił napisać do Toma Buka-Swientego i przekazać mu nietypowy skarb. Pisarz zdecydował się uczynić z niego twórczy użytek. Samotne serce stało się kolejnym, głośnym rozliczeniem z przeszłością.

Problem w tym, że konfrontując się z konkretnymi, udokumentowanymi przez historyków faktami, niełatwo odnaleźć podobnych Hansów Hornów. Nikt nie zaprzeczy, że wszędzie, w najgorszych warunkach i najpodlejszym nawet środowisku, zdarzają się chlubne wyjątki. Jednak próby udowodnienia, choćby w najszczytniejszej intencji, że zwykli Niemcy nie chcieli wojny i raczej przyglądali się temu, co się dzieje, niż w tym uczestniczyli, są mocno dyskusyjne. Skąd w latach 30. XX wieku brały się tłumy na partyjnych wiecach, choćby w Norymberdze i Monachium, dokumentowanych przez Leni Riefenstahl? Skąd wziął się entuzjazm u wielu Niemców, kiedy niemieckie wojska, chcąc wspomóc w faszyzacji kraju Narodowosocjalistyczną Duńską Partię Robotniczą, zajęły Danię? Z jakiego to powodu ogromna rzesza mężczyzn, kobiet i dzieci wiwatowała na cześć Adolfa Hitlera, obsypując go kwiatami po zwycięstwie i upokorzeniu Francuzów? Pisarz nie ukrywał, że swoją książką pragnął oddać cześć swojemu dziadkowi i babce. To tajemnicza walizka ze strychu, z zeszytami zapisanymi przez dziadka, przyczyniła się do pisarskiej inicjacji Toma. Życie Antoniny i Johanna Swientych ze Śląska, podobnie jak życie milionów zwykłych ludzi, zostało – jego zdaniem – zdruzgotane podczas głębokiej nocy, jaka zapadła nad Europą w latach 1939-1945.

Nie zagłębiając się w szczegóły i nie skupiając się na kwestii, dlaczego spadkobiercy Alberta z Lauingen, Gutenberga, Dürera, Bacha, Kanta czy Humboldta popadli w zbiorowy amok – bo to jednak Niemcy podstępnie dążyły do wojny i ją wywołały – pomijając fakt, że Europa zaczęła pogrążać się w ciemnościach znacznie wcześniej (i wychodziła z nich jeszcze długo po 1945), trochę szkoda, że Tom Buk-Swienty – jak do tej pory – nie wybrał sobie i nie opisał innego ze zwykłych bohaterów. Chociażby Aloisa Swienty’ego, handlującego w Kandrzin (obecnie Kędzierzyn) i okolicach odzieżą, reklamującego również sämtliche parteipolitische Uniformen. Być może warto byłoby poznać losy Rapportführera Aloisa Swienty’ego działającego w obozie Gleiwitz II (obecnie Gliwice), w którym byli „zatrudniani” również Żydzi, obozu podlegającego od maja 1944 obozowi w Auschwitz. Być może warto byłoby się dowiedzieć, co SS-Rottenführer, a później SS-Unterscharführer Alois Swienty uczynił dla swoich krewnych i bliskich, żeby mogli przetrwać mroczne lata okupacji. Niewątpliwie bardzo interesujące mogłoby być to, jak autor Samotnego serca przybliża jeszcze jedną zwykłą postać, ukazując równocześnie realia jednej z najmroczniejszych epok w dziejach. Być może potomkowie Morawców, Niemców, Polaków, Ślązaków i Żydów z Krastillau (obecnie Chróścielów), Katscher (obecnie Kietrz) czy Leobschütz (obecnie Głubczyce) chętnie by się dowiedzieli, jak kształtowały się stosunki narodowościowe na Opolszczyźnie. Być może byłoby to równie zajmujące, co książki poświęcone klanowi Dinesenów, z Wilhelmem (politykiem, oficerem i pisarzem) i jego córką Karen Christentze (znanej jako Karen Blixen) na czele.

*

W przedmowie do wydanych w Polsce w 1956 roku Baśni Andersena (pojawiającego się, obok wielu innych historycznych postaci, i w filmie, i w książkach Buk-Swienty’ego) Jarosław Iwaszkiewicz wyraził pogląd, iż jego bajki były częstokroć zjadliwą krytyką ciasnoty i mieszczańskiego okrucieństwa, a jednocześnie pochwałą wartości pielęgnowanych pośród ludzi prostych i ciężko pracujących. Kilka lat później w jednej z nowel Hermana Banga, określanego mianem piewcy rezygnacji, dostrzegł umiejętność budowania scen obyczajowych, rysowania „szczegółowego ludzkiego życia i wszystkich jego ornamentów, jego zabaw i potraw, jego pieśni i jego zamyśleń”2, jak i zdolność podtrzymywania wiary w zwycięstwo miłości niemożliwej do spełnienia. „Rok 1864 stał się przełomem w życiu tego kraju. Koniec tu estetycznych czasów [Johana Ludviga] Heiberga, zaczyna się dziwna epoka pracy organicznej, pozytywistów, ludzi, którzy pragną się otrząsnąć po przerażającej porażce militarnej i klęsce narodowej”3 – uznał autor Sławy i chwały. Wcześniej – według polskiego tłumacza Dziennika uwodziciela Sørena Kierkegaarda – zdawało się Duńczykom, że nic nie zagraża ich spokojowi, korzystaniu z płodów ziemi i darów przeznaczenia, zaś rok 1864 to koniec szczęśliwej Danii.

W październiku 1996 roku, w ukazującym się w Paryżu revue littéraire „Europe”, Torben Brostrøm pisząc o współczesnej literaturze swojego kraju stwierdził, iż wciąż w książkach duńskich prozaików roi się od matrosów, chłopów i rzemieślników. Mimo naporu literatury anglo-amerykańskiej i silnych anglosaksońskich wpływów językowych, ulubionym bohaterem pozostaje zwykły człowiek. Dominują kwestie egzystencjalne i społeczne o ludowym zabarwieniu. Duńscy pisarze lubią wyruszać w świat, ale przeważnie są to podróże biograficzne i książki pisane o kimś, kto opuścił surową Północ i z północnej perspektywy przypatruje się różnym zjawiskom natury, jak i obcym miastom i tubylcom. Ci, którzy zdecydowali się pozostać na miejscu, drążą społeczne struktury i chętnie powracają do historii. Oehlenschlägerowskie wyrafinowanie łączy się często z grundtvigianizmem. Zauroczenie ciszą i surowy realizm zderza się nierzadko ze światem wyobrażeń i bujnej, specyficznie skandynawskiej fantazji. W poetycko-prozatorskim zbiorze Klausa Rifbjerga Udenfor har vinden lagt sig [Na zewnątrz ustał wiatr], duński romanista dostrzegł wpływy estetyki Kierkegaarda, mądrej naiwności Andersena i bardzo współczesnych brzmień. „Natura, marzenie, postrzeganie rzeczy, dźwięk i obraz zespolone ze sobą i poddane refleksji”4 – pisał profesor Danmarks Lærerhøjskole i członek Akademii Duńskiej. Wyróżników jest więcej, ale spoiwem pozostaje odniesienie do tradycji, jak i głębszy, chłodny namysł.

Zmarły w 2017 roku Régis Boyer, któremu frankofonii zawdzięczają wiele przekładów z literatury skandynawskiej, wiele razy zastrzegał, żeby nie mylić egzystencjalizmu francuskiego z Kierkegaardowskim i nie zapominać, że Andersen bardzo się oburzał, kiedy słyszał, że pisze dla dzieci. W 2011, przy okazji prezentacji literackich dokonań krajów nordyckich w międzynarodowym Salonie Książki w Paryżu, zestawiając ze sobą literatury Europy Północnej, znany literaturoznawca i skandynawista zwrócił uwagę, iż od średniowiecza na północnych terenach Starego Kontynentu podatny grunt znajdowały czarodziejskie, historyczne, rycerskie, żartobliwe folkevise, popularne ballady rozświetlające ponure zimowe wieczory. Pomagały one przetrwać groźne zawieruchy i uporać się z zagrożeniami z zewnątrz, ale też pomagały radzić sobie z bólem narodzin i obsesją śmierci, oswajały z tym, co obce i nieodgadnione. Zanurzone w codzienności fascynowały i inspirowały, zachęcały do nowych wypraw i odkryć. „Należy zatem mówić o tym, co nasz świat czyni bezpiecznym i dobrym miejscem do życia”5 – pisał w swojej trylogii Mine fædres hus [Dom moich ojców], pochodzący z Odense, Jørn Riel, który wiele podróżował po świecie, szesnaście lat przeżył w Grenlandii, a w jesieni swojego życia postanowił odnaleźć swój dom w Kuala Lumpur w Malezji, spędzając kilka miesięcy każdego roku wśród Papuasów w Nowej Gwinei. W marcu 2011, w wywiadzie dla tygodnika „L’Express” na temat typowo skandynawskiego zamiłowania do gawęd i opowieści, Régis Boyer porównując poszczególne nacje tłumaczył, iż Szwedzi cenią elegancję i chętnie zamykają się w swojej przeszłości, Norwedzy są niekiedy gburowaci, ale też wyczuleni na humanistyczne wartości, Islandczycy lubią rozprawiać o polityce, o ideach i tendencjach, ale najbardziej otwarci i europejscy są, graniczący z Niemcami, Duńczycy. Od 1864, czyli od czasu, gdy ich granice się zwęziły, a terytoria skurczyły – wyjaśniał na łamach „Europe” wiele lat wcześniej „profesor od Wikingów” – charakteryzują się niezwykłą witalnością, pomysłowością, a nawet zamiłowaniem do awantur i szalonych eskapad.

Reduta (Dybbøl, około 1950) © Arkiv Kulturarvsstyrelsen, Vejle

Tom Buk-Swienty zaczerpnął wiele z tradycji i historii swojej drugiej ojczyzny. Zasmakował w duńskich potrawach i pieśniach. Zachował dbałość o ornamenty. Na przerażającą duńsko-niemiecką masakrę 1864 spojrzał chłodnym okiem, a jednocześnie nie chciał rezygnować z romantycznych, ciągle kultywowanych w Danii ideałów. Wiele wysiłku włożył w to, żeby – anglo-amerykańskim zwyczajem – uprzystępnić, a w gruncie rzeczy, dokonując myślowych skrótów i nie szczędząc upiększeń, uprościć przekaz. Twórcy 1864 – brødre i krig, tak wersji telewizyjnej jak i kinowej, poszli tropem bohaterów Slagtebænk Dybbøl i Dommedag Als. I ewidentnie nastawili się na to, żeby publiczności zafundować spektakl w hollywoodzkim stylu (trochę zapominając o tym, że kiedyś Skandynawowie byli mentorami, a Amerykanie – ich uczniami). Zdecydowanie chcieli zwolnić widzów z mitręgi „rozgryzania” historycznych zawiłości, a jednocześnie nie żałowali salonowych konwentyklów i efektownych wolt. Nastawiając się na masowego, a nie wysmakowanego odbiorcę, w końcu wpadli w zastawioną przez siebie pułapkę, tracąc to, co wcześniej lub później zyskali. W wersji telewizyjnej bowiem, nazbyt ufając teatralizującym addendom, nadali mocny wydźwięk całej narracji; w kinowej zaś wersji zyskali klarowność, lecz utracili jeden z istotnych elementów całej opowieści. W sumie niewiele chyba zabrakło, żeby – jak w każdym zabiegu, dzięki któremu zwykłe dzieło staje się arcydziełem – opanować i zestroić ze sobą różne żywioły: ogień i wodę, ziemię i powietrze, mrok i światło, ludzkie namiętności i ograniczenia, najwyższe ideały i przyziemne potrzeby, wreszcie – wielkie uczucia i, zastawiane przez życie, sidła i pułapki.

Inge (Marie Tourell Søderberg), Laust (Jakobem Oftebro) i Peter (Jensem Sætter-Lassenem), główni bohaterowie filmu 1864 – brødre i krig (2014) © Per Arnesen, Miso Film / DR

Batalia, jaką musieli stoczyć Laust i Peter, jak i inni bohaterowie filmu wyemitowanego po raz pierwszy jesienią 2014 (150 lat po straszliwej masakrze), nie ograniczyła się do pól i fortyfikacji pod Dybbøl. Po emisji kinowej wersji wojenno-miłosnej epopei pojawiły się opinie, że Ole Bornedal należy do realizatorów, którzy – ukazując rozległą panoramę wydarzeń i ludzkich charakterów – potrafi do jednej ręki, jak to robiono wcale nie tak dawno i jak to uczyniła Inge, wziąć lekkie pióro, w drugiej zaś dzierży miotacz ognia, i jednym, i drugim kreśli nową historię. Chociaż twórców nieco zwiodły własne pomysły i instynkty, jak i szeroka paleta dostępnych środków, chociaż zabrakło – i duńskiemu reżyserowi, i pisarzowi o duńsko-niemieckich korzeniach – odwagi, postawili wiele zasadniczych pytań. Poruszyli wiele delikatnych – żeby nie powiedzieć – drażliwych kwestii. I przynajmniej z kilkoma z nich skonfrontowali, jeśli nie wszystkich, to większość odbiorców. Być może niejeden z czytelników albo widzów rozumie dzięki temu nieco więcej z nieodległej przeszłości, jak i z rozmaitych, powikłanych rodzinnych losów. I wie nieco lepiej, łatwiej zdaje sobie sprawę, że można zdradzić miłość albo po prostu jej nie sprostać; można próbować wymazać historię albo zapomnieć o przodkach, lecz – zdają się przekonywać główni bohaterowie 1864 – brødre i krig i dramatów wojennych Toma Buk-Swienty’ego – również zawiedzione miłości i, z powodu ludzkiego zaślepienia czy głupoty, rozszarpane na strzępy ciała i dusze, a więc także ambicje, pragnienia i uczucia, prędzej lub później i tak się odezwą. Albowiem istniały i zawsze istnieć będą na świecie rzeczy, od których nie da się uciec.

Marek WITTBROT

Paryż, październik 2017 roku

1 Słowa listu Lausta do Inge w jednej z końcowych scen kinowej wersji 1864 – brødre i krig.
2 Jarosław Iwaszkiewicz, Szkice o literaturze skandynawskiej, Warszawa 1977, s. 117.
3 J.w., s. 141.
4 Torben Brostrøm, Configuration de la prose, przekład na francuski Régis Boyer, w: „Europe”, rok 74, nr 11 (810) 1996, s. 24.
5 Jørn Riel, Mine fædres hus; cyt. za: Jørn Riel, Nul maître en Arctique, przekład na francuski Inès Jorgensen, w: „Le Magazine Littéraire”, nr 3 (506) 2011, s. 59.

Recogito, rok XVIII, październik 2017