Na wagarach

Stefan Kisielewski z ks. Zenonem Modzelewskim i ks. Florianem Kniotkiem w Centrum Dialogu (Paryż, 1982). Fot. Witold Urbanowicz © Recogito

Ze Stefanem KISIELEWSKIM rozmawia ks. Zenon MODZELEWSKI

Stefan Kisielewski – literat, kompozytor i publicysta – był postacią, która poważnie zaznaczyła się w powojennym życiu kulturalnym w Polsce. Od marca 1945 roku publikował poczytne felietony w krakowskim ,,Tygodniku Powszechnym”. W latach 1945-1949 był profesorem Wyższej Szkoły Muzycznej w Krakowie. W latach 1957-1965 przez dwie kadencje byt posłem na Sejm jako członek klubu poselskiego ,,Znak”. Przebywając pod koniec 1973 roku w Paryżu Stefan Kisielewski udzielił wywiadu dla Czytelników ,,Naszej Rodziny”. Podzielił się swoimi wrażeniami z podróży do Ameryki oraz ze swego pobytu we Francji.

– Odbywa Pan obecnie niemałą podróż, był Pan w Ameryce, teraz mówi się o Pana paryskich odczytach. Czy można prosić o parę szczegółów z tych podróży?

Rzeczywiście, wyruszyłem trochę w świat, co zresztą nie zdarza mi się zbyt często. W połowie września opuściłem Warszawę, udając się na sześć tygodni (po raz pierwszy w życiu) do Stanów Zjednoczonych na zaproszenie Departamentu Stanu (wymiana kulturalna). Potem byłem trzy tygodnie w Kanadzie, gdzie redaktor torontańskiego ,,Związkowca”, pan Benedykt Heydenkoin zorganizował mi cykl odczytów dla Polonii w Toronto, Ottawie, Montrealu i Londynie.

Miałem też pogadanki w radio i spotkania – muzyczne, jestem przecież również, a właściwie przede wszystkim (z wykształcenia) muzykiem. Teraz już dwa miesiące siedzę w Paryżu, wygłosiłem tu 12 grudnia na inaugurację sali Księży Pallotynów (Centre du Dialogue) odczyt Polska między Wschodem i Zachodem, będę miał jeszcze drugi u kombatantów. Zdarzają mi się też wykłady po francusku na Uniwersytecie, o polskiej prasie powojennej. W lutym jadę stąd jeszcze do Niemiec Zachodnich na zaproszenie Westdeutscherundfunk w Kolonii, gdzie czeka mnie również porcja spotkań i odczytów. No i stamtąd wreszcie wracam do Warszawy.

– Ciekawa więc podróż, choć jeszcze nie skończona. Czy można poprosić o nieco wrażeń?

– Wrażeniami dzielę się po trochu z publicznością, posyłając felietony do krakowskiego ,,Tygodnika Powszechnego”, gdzie stale pracuję. Najbardziej skrystalizowane wrażenia mam ze Stanów: orzeźwił mnie i odświeżył ten kraj, gdzie byłem po raz pierwszy. Co mnie tam uderzyło i zaciekawiło najbardziej, to owa wielonarodowość, zdefiniowana w oficjalnym haśle: ,,Ameryka naród imigrantów”. Istotnie: poszczególne grupy narodowe, choć uważające się za Amerykanów, coraz bardziej troszczą się tam o uwydatnienie swojej odrębności etniczno-kulturalnej, swojej grupowej specyfiki. Włosi, Niemcy, Polacy, Żydzi, Murzyni, Portorykanie, Grecy, Irlandczycy i inni stanowią wszakże większość narodu amerykańskiego, zaś dawna elita anglosaska (WASP czyli White-Anglo-Saxons-Protestants) jest w mniejszości, wynosi, według obliczeń, najwyżej 41% społeczeństwa. Tworzy się więc właściwie zupełnie nowy naród, wielogrupowy a jednak mający pełne poczucie, że jest narodem o wewnętrznej spoistości i charakterystycznym obliczu, narodem potężnym w dodatku. To ogromnie ciekawy proces, w Europie nie widzieliśmy czegoś takiego. W owej „Europie ojczyzn” według definicji De Gaulle’a.

– A podobną przecież wielonarodowość obserwuje się również w Kanadzie?

– W Kanadzie wygląda to, o ile można sądzić po krótkim pobycie, jakoś inaczej. Państwo mniej tam jest potężne i sugestywne, poza tym zachęca ono jakby rozmyślnie poszczególne grupy narodowe do zachowania własnej autonomii i spoistości. Na przykład Polonia kanadyjska wydała mi się bardziej zwarta, ,,ciepła” i swojska niż amerykańska. W Stanach to są przede wszystkim ,,Amerykanie pochodzenia polskiego”, dumni, owszem ze swojej specyfiki (na przykład z tradycji katolickiej), ale przede wszystkim dumni z faktu, że są obywatelami najpotężniejszego mocarstwa świata.

– Czy rozmawiał Pan z wybitnymi przedstawicielami amerykańskiej Polonii?

– Tak, rozmawiałem z polski kongresmanami, z prezesem Alojzym Majewskim, z profesorem Kisielewiczem, z kardynałem Królem (przewodniczący Episkopatu) i z wieloma dziennikarzami. Ciekawe rozmowy, ale bardzo ,,amerykańskie”. Co mnie jednak, jako przybysza z kraju, zainteresowało najbardziej, to badania nad najnowszą historią Polski, prowadzone przez emigrację ,,nową”, polityczną, wojenną lub powojenną. Taki na przykład Instytut Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku, kierowany przez paru starszych wiekiem, lecz młodych duchem entuzjastów posiada fenomenalne zbiory i materiały z ostatnich 70 lat naszej historii. Tyle, że Instytut ten pracuje w ciężkich warunkach i ,,stara” Polonia się nim nie interesuje. Podobnie na własną rękę prowadzi badania nad warszawskim ,,Państwem Podziemnym” z czasu ostatniej wojny Stefan Korboński, jedna z arcyważnych postaci antyhitlerowskiej konspiracji. Mamy też wielu ciekawych polskich profesorów na amerykańskich uniwersytetach, wydaje się jednak, że i oni nie cieszą się specjalnym zainteresowaniem zamożnej już ,,starej” Polonii. A przecież Polska jest jedna, choć i zarazem światowa…

– Warto by wrócić jeszcze kiedyś do tego tematu. Ale na razie przenieśmy się do Europy. Jakie na przykład odniósł Pan wrażenia z Francji po przelocie oceanu?

– No cóż, Francję znam dosyć dobrze, studiowałem tu przed wojną. Ale muszę powiedzieć, że dziś, po przybyciu do Francji ze Stanów i Kanady to tak, jakby się przyjechało z Warszawy do Sochaczewa (nie uwłaczając temu ostatniemu zresztą).

– Czy chodzi o różnice poziomu materialnego?

– Nie tylko – uderza różnica atmosfery moralnej, pewności siebie i swojej siły. Do Francji przyjechałem w momencie ,,wojny benzynowej”, był do tego strajk powszechny, nastrój zdenerwowania i paniki, niepewności o przyszłość. W Ameryce takich rzeczy nie ma, tam ledwo wręcz zauważono wojnę izraelską i ów groźny przecież alarm, zarządzony przez prezydenta Nixona dla amerykańskich sił zbrojnych na świecie. Tam się żyje ,,swoim” prywatnym życiem, opinia jest spokojna i pewna siebie, sprawy polityczne nie są w stanie nim zachwiać. Poza tym istnieje tam, jak to określam, cowboyska ,,dusza wojownika”, zmysł ryzyka i walki, który zanikł po wojnie w podzielonej, rozbitej nawiedzanej lękami Zachodniej Europy. Lepiej mi się tam oddychało, co tu gadać!

– A w Polsce?

– Ba! To osobny temat i ogromny, przy tym psychologicznie zawiły jak diabli. Widzi Pan, Polska to w jakimś sensie moje ,,dzieło”, moja praca, mój świat – tam znajdują się rzeczy i sprawy, o których wiem w życiu najwięcej, po prostu moje sprawy. Bez względu na to, czy odnoszę się do nich krytycznie, czy pozytywnie, czy jestem ,,za” czy też ,,przeciw”, to zawsze tkwię niejako w środku: Byłem przy narodzeniu tych dzisiejszych polskich spraw, wiem o ich genezie i rozwoju wszystko, one najbardziej mnie ciekawią. Bez względu na to, czy się tam czuję dobrze, czy źle – zawsze jestem u siebie. A za granicą jestem tylko gościem, chwilowym podróżnym – jestem na wagarach. Dobre słowo: wagarowało się przez sześć miesięcy, ale pora wracać do szkoły. Do polskiej szkoły. Bo człowiek, zwłaszcza człowiek piszący, wciąż się uczy…

(1974)

 

Ks. Zenon Modzelewski (1933-1996). Pallotyn. Urodził się w Pęsach. Studiował w Wyższym Seminarium Duchownym Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego w Ołtarzewie (1950-1958, filozofia i teologia), oraz na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (1958-1963, filozofia i polonistyka). Święcenia kapłańskie otrzymał w roku 1958. Pełnił urząd Przełożonego Regionalnego we Francji (1972-1987,1996 dwa miesiące), dyrektora ośrodka odczytowego Centre du Dialogue (1980-1996) i redaktora wydawnictwa Editions du Dialogue Paryżu (1980-1996). Był redaktorem kolekcji ,,Znaki czasu” (56 tomów) i ,,Świadkowie XX wieku” (5 tomów). Zmarł 30 maja 1996 roku w Paryżu. Został pochowany w polskiej nekropolii w Montmorency.

,,Nasza Rodzina”, nr 3 (354) 1974, s. 6-7.