Nawrócenie

Grób Siergieja Bułgakowa (Sainte-Geneviève-des-Bois, 2018). Fot. Marek Wittbrot  © Recogito

List do przyjaciółki na Zachodzie

Pytasz, czym stało się dla mnie moje nawrócenie? Czy mi coś dało? Czy wpłynęło na zmianę mojego życia? Odpowiedź jest krótka i prosta. Wszystko zmieniło się we mnie i wokół mnie, bo poznawszy Boga zaczęłam naprawdę żyć. Ty wzrastałaś we Francji, więc niełatwo możesz to zrozumieć. Urodziłaś się w świecie wolnym, bogatym w tradycje i zasady (choć dziś może nie są one już tak mocne), żyłaś normalnie, czytałaś książki, na jakie miałaś ochotę, dobierałaś sobie przyjaciół, jeździłaś, dokądkolwiek chciałaś, mogłaś założyć rodzinę, wstąpić do klasztoru, poświęcić się pracy naukowej. Ja natomiast przyszłam na świat w kraju, gdzie wartość kultury, religii i wszelkie zasady moralne zostały świadomie i skutecznie wykorzenione. Przychodząc „znikąd” dążyłam „donikąd”!

Moja przyjaciółka mając 15 lat odebrała sobie życie, nie mogła pogodzić się z tym, co ją otaczało. Ostatnie słowa, jakie zostawiła, to: „jestem bardzo niedobra”! Ta, na wskroś czysta dziewczyna nie potrafiła znieść ciągłego zakłamania, w jakim przyszło jej żyć, sama nigdy nie skłamała. Nie mogła wyrwać się z beznadziejności i pustki, musiała z sobą skończyć. Niestety, nie znalazła innego wyjścia. Jej delikatne sumienie nie dawało spokoju – doszła do wniosku, że i ona ponosi winę za to, co się wokół niej dzieje. Dziś, po 20 latach, jakie minęły od jej śmierci, można stwierdzić, po chrześcijańsku, że poznawszy swoje błędy i ułomności, zrozumiała, jak słaby i niedoskonały jest człowiek. Nie wiedziała niestety, że tylko Bóg może ją ocalić. Bóg jeden może pomóc dźwignąć się człowiekowi z największego nawet upadku. Ale o tym nikt jej nie powiedział. Nikt nie dał jej tej nadziei. Odeszła w rozpaczy.

Ja byłam inna niż ona, nie tak refleksyjna. Właściwie, to żyłam jak małe zwierzątko, posłusznie spuszczałam głowę, nie próbowałam oponować, w wypracowaniach szkolnych pisałam: kocham ojczyznę, Lenina i mamę – była to całkowita nieprawda. Od dziecka nienawidziłam mojego otoczenia. Nienawidziłam rodziców, bojaźliwych i małostkowych jak inni; byli moimi rodzicami przez prosty przecież przypadek, wściekałam się na myśl, że przyszłam na świat wbrew własnej woli. Ale nie tylko ludzi, nienawidziłam też przyrodę, denerwował mnie monotonny rytm jej sezonowych przemian. Kochałam samotność! Jakże byłam szczęśliwa, gdy rodzice wychodzili z domu, idąc z wizytą, a ja zostawałam sama w naszym pokoiku. Otwierał się przede mną pełen świat, przedziwne zamki jawiły mi się w marzeniach. A gdy umiałam już czytać, kryłam się za kurtynę moich książek. Na spacerach, przy posiłkach, podczas rekreacji zawsze miałam oczy utkwione w książce.

Ideałem stali się dla mnie bohaterowie czytanych powieści, bezkompromisowi, dzielni, niezłomni. Ale wiedziałam, że istnieli tylko w książkach, bo tylko tam mogli żyć wolni od strachu i gwałtu, od zdrady i kłamstwa. Przyrzekałam sobie stać po stronie szaleńców, jak Cyrano de Bergerac, czy samotników, jak Owidiusz.

Pogarda, jaką żywiłam do ludzi, nie przeszkadzała mi być dzieckiem grzecznym, spokojnym, chwalonym przez nauczycieli, lubianym przez kolegów. Nie zdawałam sobie wówczas sprawy z konsekwencji takiego zachowania. Nie miałam jeszcze właściwego rozeznania, a moje sumienie spało.

W szkole ceniono tylko silniejszych i sprytniejszych, a pochwałę zdobywał ten, kto pierwszy rozwiązał zadanie, skoczył wyżej, bił mocniej. Stawałam się coraz to bardziej zarozumiała – być najmądrzejszą, najsprawniejszą – oto do czego dążyłam. Ani razu nie słyszałam, że nie pogarda człowieka, ale miłość aż do śmierci, tak jak miłował człowieka ten Jeden Jedyny spośród ludzi. Ale nikt z nas Go wówczas nie znał. Mówiono nam bez końca o bohaterstwie rewolucjonistów, o żelaznej woli herosów ostatniej wojny. Maresjew, człowiek przez duże „C”, straciwszy obie nogi, potrafił chodzić i tańczyć, a świetlany Rakmetow za swoje ideały karany był spaniem na gwoździach. Trzeba umacniać w sobie wolę zwycięstwa!

Czy możesz zdać sobie sprawę z tego, ilu nihilistów wyszło z mojej generacji, ilu i dziś rodzi sowiecka rzeczywistość, ilu Raskolnikowów, ilu biernych zwolenników Nietzschego, ilu karierowiczów głoszących z cynizmem przyszły podbój świata! Nietzschego czytałam mając lat 19 (do 26 roku życia nie znałam Ewangelii), zachwycił mnie, jak zresztą i Sartre, i Camus, i Heidegger, a filozofia egzystencjalna stała mi się bardzo bliska. W czasach Chruszczowa, w okresie pewnej liberalizacji, ci autorzy byli nawet tolerowani, a w kawiarniach i autobusach inteligencja dyskutowała nad absurdalnym problemem egzystencjalizmu.

Może bardziej niż wy, na Zachodzie, entuzjazmowaliśmy się naszymi idolami. Dla nas egzystencjalizm był pierwszym łykiem wolności, pierwszym uczuciem, pierwszym dozwolonym słowem. Może dlatego nasze drogi rozeszły się. Wy, młodzi, przeżyliście maj 68 roku upolityczniając wasze sumienie. Śnił się wam marksizm i dziś jeszcze żyjecie mitem rewolucji. My odwrotnie, szliśmy w głąb odkrywając odwieczne wartości kultury, historii, moralności. Aż w końcu doszliśmy do Boga, do Ewangelii, ale to dla was jest już całkiem niezrozumiałe. Nie zamierzam was chwalić – choć już to zrobiłam – wydaje mi się jednak, że inteligencja rosyjska jest bardziej dojrzała niż zachodnia. Zachód przypomina Rosję z połowy XIX wieku, kiedy idee rewolucji i sprawiedliwości społecznej fascynowały myślicieli. Zniesienie pańszczyzny u nas wzięło swój początek właśnie od poznania zachodniej myśli wolnościowej.

Jest rzeczą ciekawą, że nawet gdy otworzyły się nam oczy na wspaniały świat chrześcijaństwa, nie przeklęliśmy ani ateusza Sartre’a, ani zarozumialca Camusa! To właśnie ten wróg religii, Sartre, doprowadził nas na sam skraj tak straszliwej rozpaczy, gdzie pozostaje tylko wiara. Jego zasadnicza myśl, że człowiek w każdej chwili dokonuje wyboru, jest zgodna z myślą chrześcijańską, bo Bóg chce, by człowiek kochał nieprzymuszenie. Bóg nie wyklucza zła, bo szanuje naszą wolną wolę. Sartre doprowadził nas do Chrystusa, do chrześcijaństwa, które proponuje człowiekowi, aby stał się synem Bożym, przyjacielem Zbawcy, wreszcie podobnym Bogu, bo jak mówią Ojcowie Kościoła: „Bóg stał się człowiekiem, aby człowiek stał się podobny Bogu”. Z jak wielką radością odrzuciliśmy role, jakie nałożyło na nas społeczeństwo, system, a także nasze własne lęki i złudzenia. Z jaką radością nasz umysł i dusza stały się wolne od prymitywnych mitów i ideologii. Tak jakbyśmy przygotowywać zaczęli miejsce dla Niego. On sam tylko mógł wypełnić tą pustkę, jaka była w nas. Ale nie będę uprzedzać faktów.

Dla mnie, zimnej i zdeklarowanej egzystencjalistki, chrześcijaństwo przez długi jeszcze czas nie istniało. Zgodnie z Nietzschem uważałam się za ,,arystokratkę ducha”, istotę mocną, zdolną kształtować swoje życie według własnej woli. Zwyczajni, słabi ludzie nie potrafią dać sobie rady z wewnętrzną pustką, uciekają od absurdu własnej egzystencji szukając schronienia w życiu rodzinnym, politycznym czy też w pracy społecznej. Nienawidziłam ich wszystkich. Z lubością obserwowałam ich służalczość, ich zniewolenie.

Ale coraz częściej wzdychałam do pełni egzystencji. Jako filozof zaniechałam kłamstwa. Ponad wszystko przedkładałam prawdę. Żyłam jakby w rozdarciu – ja wspaniała uczennica, chluba wydziału filozofii, uczestniczka spotkań elity intelektualnej, spędzałam pijackie noce w towarzystwie alkoholików, narkomanów, złodziei, w brudzie piwnic i strychów, nierzadko włamując się do mieszkań, by tam wypić choćby szklankę kawy.

Tylko jeden człowiek starał się mnie powstrzymać – mogę go nazwać moim pierwszym nauczycielem. Był to profesor Borys Michajłowicz Paramonow. Przez jakiś czas wykładał na wydziale filozofii, ale nie potrafił się utrzymać i wyemigrował (jest dziś w Stanach Zjednoczonych). Powiedział mi pewnego dnia: „Taniu, dlaczego chcesz wszystko burzyć? Nie rozumiesz, że niszczenie stało się nieszczęściem rosyjskim. Popatrz, żyjemy w świecie tryumfu nihilizmu. Idź, choćby na zwykły rynek państwowy, nie znajdziesz tam niczego, co być powinno na rynku, ale ujrzysz dokoła mnóstwo sloganów na czerwonym tle «Naprzód do zwycięstwa komunizmu!», «Wytężmy wszystkie siły, aby godnie uczcić Zjazd Partii». Ten absurd potrafili bolszewicy zrealizować w pełni. Co chcesz dodać jeszcze?”… Te słowa wywarły na mnie ogromny wpływ. Ale ani Paramonow, ani ja nie widzieliśmy sposobu, aby wyrwać się z tego zaczarowanego kręgu i znaleźć wyjście.

Nie znalazłam również odpowiedzi w Filozofii Wschodu, który zawsze budził mój wielki entuzjazm. Od czasu ukończenia studiów ćwiczyłam jogę, pomogła mi ona odkryć świat „absolutu”, otworzyła mi oczy na pionowy wymiar egzystencji, ułatwiła wyzbycie się intelektualnej zarozumiałości. Przestała mi wystarczać sama wiedza i kultura, skoro pojęłam, że jakieś nieznane siły tkwią w człowieku. Nauczyłam się korzystać z tych tajemniczych energii. Joga przypadła mi do gustu. Dla nas niewierzących stała się pomostem między światem empirycznym a transcendentalnym. Jej „naukowość” odpowiadała nam, bo pozwalała w sposób niby naukowy i precyzyjny, za pomocą odpowiednich ćwiczeń czuć się nadczłowiekiem. Ale po co i dlaczego?

Każdy miał własną odpowiedź. Gdy chodzi o mnie, to chciałam stać się bogiem. Nie zaprzestałam stawiania sobie wymagań z tą różnicą, że przestawiłam je na wyższy jakby poziom, duchowy. Nadal chciałam być najmądrzejszą i najmocniejszą.

Do tego doszły stany – nazwałabym je – religijne, chciałam wtopić się w absolut, w wieczną szczęśliwość. Zaczęłam zwalczać swoje wady: nienawiść, drażliwość, uważając, że zabierają mi energię i sprowadzają na niższy poziom. Ale coraz wyraźniej odczuwałam pustkę egzystencji, a uczucie to przeradzało się w mistyczny lęk, graniczący niemal z obłędem. Ogarniał mnie bezgraniczny smutek, zimny rozpaczliwy strach, zdawało mi się, że tracę zmysły, nie chciałam już żyć! Iluż moich kolegów padło ofiarą tej przeraźliwej pustki, ilu skończyło samobójstwem, stało się pijakami, ilu zwariowało. Uważaliśmy, że życie nie ma sensu. Lecz „Duch tchnie, kędy chce!” On stwarza człowieka i wskrzesza. A co ze mną? Narodziny przyszły z nieba, prawdziwe narodziny. Stało się to tak…

Umęczona, bez ochoty do życia, ćwiczyłam jogę – mantrę. Nigdy dotąd nie modliłam się, nie znałam żadnej modlitwy. W podręczniku jogi znalazłam ćwiczenie przy modlitwie „Ojcze nasz”, modlitwie Chrystusowej. Zaczęłam ją czytać machinalnie, jak mantrę, jak ćwiczenie. Przeczytałam sześć razy i… nagle… jakbym się odwróciła wewnętrznie. To nie tylko mój głupi rozum, ale cała moja istota poczuła Jego obecność, poczuła że ON jest. ON – Bóg żywy, osobowy; Bóg, który mnie kocha i kocha wszystkich. Bóg, który stworzył świat, i stał się z miłości człowiekiem. Bóg ukrzyżowany i Zmartwychwstały! W jednej sekundzie tajemnica chrześcijaństwa stała się dla mnie jasna, prawdziwe życie i moje w nim miejsce. Zostałam uratowana.

Wszystko się zmieniło we mnie. Stary człowiek umarł. Odrzuciłam wszystko, co dotychczas miało dla mnie jakąkolwiek wartość, moje pojęcia, zwyczaje, właściwości charakteru, wszystko odeszło ode mnie. Moje serce otworzyło się szeroko, zaczęłam kochać ludzi, rozumieć ich cierpienia, zamiary Boże wobec każdego z nich, podobieństwo ich do Boga. W pierwszym okresie mego nawrócenia wszyscy ludzie wydawali mi się, jakby byli mieszkańcami nieba, śpieszyłam się, by czynić dobro, służyć Bogu i ludziom.

Jak ogromną radość, jakie światło odkryłam w sercu moim. Cały świat, każdy kamień i krzew każdy, przepojone były tą promienną światłością. Świat to królewska szata Boga! Jakże mogłam tak długo tego nie dostrzegać?

Taki był początek mego życia. Widzisz więc, że nawrócenie moje było konkretne i prawdziwe, było zarazem niespodziewane i oczekiwane od dawna. Tylko Bóg mógł tego dokonać. W Nim i za Jego łaską znajduje rozwiązanie zasadnicza sprzeczność ludzkiej natury: wolność i poddanie.

Tatiana GORICZEWA 

Przełożyła Maria TYMOWSKA

Tatiana Michajłowna Goriczewa. Urodziła się w 1947 roku w Petersburgu. Podczas filozoficznych studiów zaczęła interesować się zachodnią „myślą burżuazyjną”, doprowadziło ją to do namysłu nad fenomenologią i podjęcia ryzykownej, potajemnej korespondencji z Martinem Heideggerem, która stała się bezpośrednią przyczyną jej aresztowania przez KGB i późniejszych, cyklicznych przesłuchań. W roku 1973 przeżyła epizod konwersji i przyjęła chrzest w cerkwi prawosławnej, co skłoniło ją do powiązania podziemnej działalności politycznej z głoszeniem nie zawsze ortodoksyjnych religijnych przekonań. Zaangażowana w ruch opozycji, w późnych latach 70. działała także aktywnie na rzecz praw kobiet i upowszechnienia w Rosji idei feministycznych. W 1980 roku za swoją wywrotową aktywność została wydalona z kraju na osiem długich lat, które spędziła na emigracji we Francji i w Niemczech. Tam dała się poznać jako dysydencka publicystka i pisarka, zainteresowana głęboko sprawami filozofii i religii (na wygnaniu ukazały się między innymi książki Nous, convertis d’Union Sovietique (1983) i Von Gott zu reden ist gefährlich. Meine Erfahrungen im Osten und im Westen (1984). Oprócz studiowania teologii, organizowania odczytów, którymi zyskała sporą popularność, oraz działalności wydawniczej (założyła w Paryżu własne czasopismo), celem jej aktywności było także świadczenie pomocy społecznej oraz wspieranie potrzeb kultu religijnego w Rosji. Zorganizowany przez nią Sekretariat zbierał środki na odbudowę cerkwi i klasztorów, finansowanie działalności pojedynczych parafii oraz przesyłanie do kraju liturgicznych ksiąg i publikacji o charakterze teologicznym. Po powrocie do Rosji w latach 90. zaczęła aktywnie wspierać ideę praw zwierząt. W ostatnich latach wydała m.in. Milczenie zwierząt (2008) i Błogosławion ten, kto bydlęta miłuje (2010). Uchodzi za jedyną rosyjską działaczkę opozycyjną, która swoje idee i działania społeczno-polityczne podbudowuje silnie argumentacją religijną.

„Nasza Rodzina”, nr 6 (561) 1991, s. 24-27.