Niepojęta szczęśliwość

Bez tytułu (Radom, 2001) © Marek Wittbrot

My już wyszliśmy z czasów cienia i nie działamy
już według cienia, ale zwróciliśmy się do Pana,
„który jest duchem; gdzie zaś jest Duch Pański,  
tam jest wolność”                                                   
                                                         św. Atanazy

I. Nie wiem, co rozbrzmiewa w ludzkich sercach po usłyszeniu orędzia światła, kiedy powoli zaczynają one odczuwać ciepło świtu zmartwychwstania? Ale na pewno wszyscy, którzy przeżywamy tę liturgię, gdziekolwiek są i w sposób, jaki jest im dostępny, mogą z głębi ducha zawołać, że życie jest silniejsze niż śmierć, i że nie zostali rzuceni na łup złowrogich sił, nad którymi nikt nie jest w stanie zapanować. Tym dającym nadzieję przekonaniem, głęboko zresztą zakorzenionym w naszej codzienności, powinniśmy się wzajemnie obdarowywać, by móc w miarę normalnie żyć. Ono nie oddali oczywiście grozy pandemii, która, jak czytamy w psalmie 91, chodzi w ciemności, ale może nasze ciało i naszego ducha umocnić. Może sprawić, że porzucimy to wszystko, co nas z różnych powodów dzieli i postanowimy uznać (w jakiejś moralnej szczerości), że drugi człowiek jest w każdej sytuacji naszym sprzymierzeńcem w budowaniu społecznej i religijnej wspólnoty. Człowiek wszak, każdy człowiek, za Bożą sprawą, pozostaje osobą godną miłości, a przynajmniej autentycznego szacunku. A to już niemało, doprawdy niemało.

I jeżeli dodamy do tego zasadniczy fakt, że wyszliśmy z rąk Stwórcy i że staramy się (także dzięki Jego życzliwości) niczym  nie osłabiać katolickiej wiary – wówczas możemy uznać się za ludzi szczęśliwych, co nie oznacza pozbawionych grzechów czy problemów wynikających z naszych ludzkich ograniczeń. Szczęśliwych z powodów najpoważniejszych z poważnych. Oto tylko my, chrześcijanie, odważamy się twierdzić i żyć w blasku tego wydarzenia, że narodzony pośród nas Jezus z Nazaretu, to Bóg i człowiek zarazem i że On właśnie uwolnił świat z grzesznej materii życia, choć samo istnienie nie jest grzeszne; jest darem nad darami, czymś najgłębiej w nas intymnym, dzięki czemu możemy uczestniczyć w triadzie prawdy, dobra i piękna, dostrzeżonej już, jak wiemy, przez greckie doświadczenie intelektualne. Czy może być coś bardziej piorunującego, budzącego ze zwykłej ospałości i często wygodnego stylu bycia?

II. Naturalnie, nikt nikogo nie powinien zmuszać do przyjmowania chrześcijańskiej wizji świata i chrześcijańskiego królestwa, którym jest sam Chrystus. Więź człowieka z Bogiem musi się zrodzić i później wciąż odnawiać w przestrzeni wolności, będącej nie tyle samowolą, ile raczej zgodą na przyjęcie pełnej prawdy o człowieku, a ta wiąże się z Bogiem, jego miłością i zbawczym cierpieniem. Kto tego nie akceptuje, sytuuje się od razu – świadomie i dobrowolnie – poza obszarem tego, co święte, zarezerwowane samemu Stwórcy. Ufam jednak że Boża łaskawość nie zna granic i obejmuje całość kosmicznego uniwersum. Misja Jezusa miała na celu odjęcie od nas śmierci, bezsensu i nieszczęścia, ale przecież nie wbrew naszej woli.

Ojciec Jacek Salij zgrabnie zauważył, że Bóg nie ratuje nas w taki sposób, jak ratuje się rzeczy z płonącego domu. Jesteśmy bowiem osobami, nie rzeczami. Stąd w Ewangelii tyle wezwań, byśmy szukali Boga, nawracali się i otwierali na Jego moc. Wielka to tajemnica jakby uzależnienia się Boga od człowieka, że – jak powiadał św. Augustyn – Bóg stworzył nas bez nas, ale nie może zbawić nas bez nas. Może natomiast doprowadzić do zbawienia również tych, którzy o Nim nie słyszeli albo nie zostali do wiary w Niego zaproszeni dostatecznie przekonująco, a nawet tych, którzy – jeśli czynią to w dobrej woli – z Nim walczą. Oto Boży optymizm, niebywale wykraczający poza skostnienia naszej religijnej wyobraźni.

III. To co teraz piszę, bezpośrednio wypływa z istoty Chrystusowego zmartwychwstania, bez którego nasza wiara nie miałaby żadnego znaczenia. Dlatego niech w tę paschalną noc jasności wszystkie wydarzenia tkające ewangeliczną narrację zejdą się w jedno w naszych sercach i umysłach, bez wspomagającej siły rytuału, formy, widzialnego obyczaju. Chociaż pamiętajmy, że pra-sakramentem, czyli źródłem wszystkich sakramentów Kościoła jest Słowo Boże zawarte w Piśmie świętym. To Słowo wraz z Duchem Świętym stanowi skarbnicę Łaski. Proszę, wewnętrznie się skoncentrujmy, wejdźmy w tamten biblijny czas ze świadomością, że czyny Jezusa nie przedawniają się, żyją w nas i w naszej wolności.

Usłyszeliśmy fragment Mateuszowego opisu Zmartwychwstania. Oto „po upływie szabatu, o świcie pierwszego dnia tygodnia przyszła Maria Magdalena i druga Maria obejrzeć grób” (Mt 28, 2). Zwróćmy uwagę na słowo „obejrzeć”. W greckim oryginale mamy termin theoresai, który znaczy „oglądać”, jak ogląda się z określonej perspektywy przedstawienie teatralne, ale – zauważcie – oznacza również „medytować”, „rozważać”, „rozmyślać”1. Kobiety znajdujące się przy grobie chcą zrozumieć, co się właściwie stało. Pragną zobaczyć Jezusa, którego ukochały, bo doświadczyły tego, że największym darem miłości jest obecność. Czuwają więc, kiedy nagle „anioł Pański zstąpił z nieba, podszedł, odsunął kamień i usiadł na nim. Postać jego jaśniała jak błyskawica, a szaty jego były białe jak śnieg. Ze strachu przed nim zadrżeli strażnicy i stali się jakby martwi (Mt 28, 2-3).

Bardzo filmowa scena. Znakomity proboszcz bielańskiej parafii Wojciech Drozdowicz mógłby ją zarejestrować za pomocą swojej nowoczesnej kamery. I tylko tyle, niczego więcej nie mógłby uczynić, gdyż nie sposób sfilmować aktu przejścia ze stanu śmierci do życia wiecznego. Może to się stać tylko i wyłącznie za sprawą  wiary, która jest nieodzowna i konieczna. Niewiasty uczestniczące w Zmartwychwstaniu tak to wszystko przeżywały, widząc tylko to, co widoczne dla oczu. Samego Zmartwychwstałego nie dostrzegły, tylko skutki zmartwychwstania. Stwierdziły po prostu, a po nich Piotr, pierwszy spośród apostołów, a w końcu pozostali uczniowie, że martwy Jezus żyje, gdyż spotykają Go i już wiedzą z pewnością, że żyje. Nie była to z ich strony jakaś halucynacja, religijna ekstaza czy subiektywne widzenie. Czy wyobrażacie sobie Marię Magdalenę krzyczącą z przejęciem: „O, więc wyszedłeś z grobu”. Taka sytuacja jest nie do pomyślenia.

Powyższe świadectwa powinniśmy traktować poważnie. Wątpliwości wysuwane odnośnie do faktyczności zmartwychwstania, a wciąż się je w pewnych środowiskach propaguje, wynikają ze światopoglądowych przesądów2. Podkreślmy przeto jeszcze raz, dobitnie. Niewiasty przy grobie i apostołowie spostrzegli kogoś, ale go nie rozpoznali. Z tego spostrzeżenia zrodziła się wiara, poprzez refleksję, medytację na temat swojego poprzedniego życia z Jezusem, teraz rozjaśniona dzięki Pismom, które im tłumaczył oraz posłannictwu, jakie im powierzył. Rozpoznanie (przez wiarę) w tym kimś żywego Chrystusa nadało kierunek ich życiu, począwszy od przeszłości, aż po dalszą przyszłość, poprzez powierzenie im misji utworzenia Kościoła.

A zatem: Jezus nie tylko powrócił do życia. On zwyciężył śmierć. To niesłychane. W tradycji żydowskiego myślenia religijnego zmartwychwstanie oznaczało coś, co będzie miało miejsce dopiero przy końcu świata. Jezus zaś wskazał uczniom, więc i nam współcześnie, że królestwo Boże już się zaczęło.

IV. Niełatwo tę wieść włączyć w krwioobieg osobistych dni. Bo mamy w pamięci uśmierconego Jezusa. Niewiele po Nim zostało. Nie dysponował żadnym majątkiem. W Jego duszpasterskim wysiłku liczyło się nauczanie i „oddanie za wszystkich”. Zapytajmy: co odczuwali ci, którzy znajdowali się niedaleko od krzyża? Jakie myśli kłębiły się w ich głowach? Czy można wygrać bój ze śmiercią? Ciało Zmarłego, okryte plamami krwi, przebite włócznią, zmasakrowane, jakże miałoby się równać z potęgą umierania? Aby ponownie żyć, potrzeba nowego ciała, nieograniczonego czasem i przestrzenią.

W tej trudnej chwili myślano zapewne tylko o jednym: jak zapanować nad strachem, rezygnacją, żalem? Jak zachować gorącą miłość do Kogoś, kto – w ludzkiej opinii – przegrał swoje życie, publicznie wyśmiany, wyszydzony i wzgardzony. Najwięcej ufności wykazują kobiety, które nie odstępują Jezusa ani na krok. W jakiejś trudno uchwytnej intuicji wiedzą, że On powstanie z martwych zgodnie z Pismem. Że Królestwo, które sobą uosabiał, ziści się, być może, już niebawem. Niosą więc wonności, oczekują cudu.

Nie możemy jednakowoż wyobrażać sobie tej tajemnicy na sposób typowo abstrakcyjny, ponieważ wówczas nie dotkniemy w żadnym razie niczego realnego. Potrzeba tu, jak wspomniałem, języka wiary, który sprawia, że słowa kierowane do Boga bezpośrednio Go dotyczą. Dopiero wówczas mówienie „o Bogu” osiąga swój właściwy sens, w głębi którego rozumiemy, że Bóg zawsze pozostaje czymś więcej, niż zdołamy sobie pomyśleć, przez co jednak otwiera się przed nami droga do coraz to większej tajemnicy. Ta fundamentalna zasada nigdy nie powinna zniknąć z pola naszej uwagi.

Gdyby więc nie miłość Jezusa, śmierć nie byłaby przejściem, lecz radykalnym upadkiem w nicość. A to oznacza, że Bóg przeprowadza przez „moment śmierci” całe nasze człowieczeństwo. Miłuje nasze ciało, pełne  mozołu, bezustannej tęsknoty pielgrzymowania, które pozostawiło wiele śladów w świecie, i dlatego ten nasz świat stał się światem ludzkim; ciało, które syciło się obfitością wrażeń, raniło się chropowatością ziemi i pokrywało bliznami, a które mimo to w pogoni za czułością zwracało się ciągle ku Niemu.

V. Zmartwychwstanie ciała oznacza przede wszystkim, że Bóg nie pozwoli nikomu zginąć, ponieważ kocha człowieka. Zbierze wszystkie nasze łzy, nie przeoczy żadnego uśmiechu i tkliwego gestu. Skoro Bóg nas kocha, to konsekwentnie pragnie naszego całkowitego szczęścia. A my? Dopiero wtedy, kiedy kochając wyznamy, co On dla nas uczynił, życie każdego z nas nabiera ponownie znaczenia. Tylko w fakcie, że Chrystus tak umarł, zyskujemy możliwość, by w chwili śmierci, móc stać się kimś, kto w oczach Boga zasługuje na miłość. Dlatego Wielkanoc jest tak bardzo radosnym i religijnie majestatycznym świętem. Nie pozwala na jakiekolwiek konfesyjne znużenie, wręcz przeciwnie pobudza do śpiewu i tańca. Otrzymaliśmy przecież szansę życia wiecznego. Będziemy tworzyli doskonałą wspólnotę z Bogiem, co wyraża symbolika uczty, będziemy mogli Go oglądać, przepadną wszystkie uwarunkowania ziemskiej egzystencji, zniknie konieczność śmierci, a nasze ciała zostaną przemienione. Na razie jednak, dopóki pozostajemy w okowach przemijalności, możemy nawiązywać wewnętrzną łączność z Chrystusem poprzez wiarę i – to najbardziej boli, bo tego warunku nie możemy w obecnej sytuacji spełnić – pełne uczestnictwo w Eucharystii.

Uwierzyć w Jezusa Chrystusa jest więc równoznaczne z uznaniem całej Jego działalności, świadomym włączeniem się w jej owoce; to całkowite (na miarę możliwości każdego z nas) oparcie się na Chrystusie, w ufności i zawierzeniu. W ten sposób zasługujemy na życie wieczne, którego przedsmak  odczuwamy podczas liturgii, kiedy spożywamy Ciało i pijemy Krew Chrystusa. Jezus wszakże został umęczony na krzyżu i zmartwychwstał. Martwe ciało nie mogło i nie może być źródłem życia.

Bez wątpienia, niezaprzeczalną wagę mają zarówno pierwsze świadectwa kobiet opłakujących Nauczyciela, pusty grób, postawa uczniów i apostołów, nie wyłączając wiary pierwotnej wspólnoty Kościoła; niemniej jednak to sam fakt Zmartwychwstania zrodził i umocnił ich wiarę, rozpoczął szybki proces ewangelizacji świata. Powinniśmy w nim uczestniczyć i my, ponieważ Dobra Nowina napotyka współcześnie na poważne trudności; bywa zagłuszana, wyśmiewana, a ci, którzy tego dokonują nie wahają się nawet mordować wyznawców Zmartwychwstałego.

Wobec tego, czym dysponujemy? Głównie świadectwem i życiem tych, którzy uwierzyli i ukochali Jezusa, mogli Go realnie zobaczyć, wysłuchać Jego katechezy, objąć Jego nogi. Nie możemy udowodnić zmartwychwstania takim czy innym sposobem. Wzywa ono – podkreślam – każdą kobietę i każdego mężczyznę żeby je przyjęli lub odrzucili. Stanowi rdzeń wiary chrześcijańskiej. Warto zatem, żebyśmy w tegoroczne święta ponowili przyrzeczenie, iż będziemy wieść osobiste życie w blasku wiary chrześcijańskiej, wierząc że Jezusowe powstanie z martwych daje nam godną przyjęcia interpretację świata, siebie samych, innych ludzi i Boga.

VI. Może się wydawać, że dosięga nas (cały świat) jedynie klęska i zapieczętowany kamień. Tymczasem On jest. Eucharystia wiąże się w prostej linii ze Zmartwychwstaniem, wiara nie gaśnie, Bóg przychodzi w blasku miłości. Przed nami niewyobrażalnie przejrzyste, niedające się w swym pięknie wyobrazić, nowe życie:

*   *   *

Budda nikogo nie kocha,
nikogo nie przygarnia do serca,
co najwyżej wszystkim
i wszystkiemu współczuje.

Jezus wznosi się na krzyż Poniżenia,
odarty z szat, nagi w boleści,
ku niebu nas dźwiga w pustym kościele,
ku niepojętej szczęśliwości.

                                           (Wielkanoc)3

Warszawa-Bielany, 12 kwietnia 2020 roku

Jan SOCHOŃ

1 A. Grün, Ewangelie, tłum. G. Sowinski, Kraków 2009, s. 106.
2 Powołuję się na następującą literaturę: G. L. Müller, Dogmatyka katolicka, przekł. W. Szymona, Kraków 2015; ks. J. Sochoń, Jak żyć chrześcijaństwem?, Warszawa 2014; R. Chilson, W co wierzymy, przekł. A. Karlińska, Warszawa 1977; F. Varillon, Radość wiary, radość życia, przekł. M. Książek, Kraków 1988.
3 J. Sochoń, Wielkanoc, z tomu Nie pocieszaj się tylko płacz [w przygotowaniu redakcyjnym].

Ks. Jan Sochoń (ur. 1953) – filozof, poeta, krytyk literacki, eseista, biograf. Związany zawodowo z UKSW, gdzie kieruje Katedrą Filozofii Kultury i Religii w Instytucie Filozofii, i Wyższym Metropolitalnym Seminarium Duchownym w Warszawie; współpracuje z licznymi czasopismami i Polskim Radiem; członek SPP, PEN Clubu, Polskiego Towarzystwa Tomasza z Akwinu. Wydawca pism bł. ks. Jerzego Popiełuszki. Główne obszary badań: filozofia religii, filozofia kultury, hermeneutyka i historia filozofii. Ostatnio wydał: Modlitwa do ciszy (Bydgoszcz 2019); Brewiarz celnika (Sopot 2019), Męczeństwo i miłość. W kręgu kultury przykościelnej (2019). W oczekiwaniu na druk wybór wierszy Czesława Miłosza Wieczna chwila oraz szkice filozoficzne Bezcielesny sens Mieszka w Warszawie. Strona internetowa: jansochon.pl

Recogito, rok XXI, kwiecień 2020