Polska zaczyna się w Berlinie

Marek Wittbrot (Berlin,1991). Fot. Archiwum © Recogito

Carl-Maria-Weber, pociąg z Hamburga do czeskiej Pragi, już na starcie miał pół godziny opóźnienia. W pociągu dziwił – jak na niemieckie warunki – brak jakichkolwiek informacji, niezbyt uprzejmi konduktorzy, oryginalny i bardzo skromny „serwis zaopatrzeniowy”, ale byłem zajęty lekturą i nie zważałem na to, co się naprawdę dzieje. Dopiero ujrzawszy podberlińskie Nauen uświadomiłem sobie, iż Carl-Maria-Weber jest daleko w „polu”.

Opóźnienie, na trasie do Berlina, zwiększyło się do godziny. Kiedy dotarłem do głównego dworca w Berlinie*, okazało się, że Berolina dawno odjechała i że trzeba czekać na następny, nocny pociąg, który odchodzi ze stacji Berlin Lichtenberg. Na lichtenberskim dworcu postanowiłem najpierw pozbyć się ciężkiego bagażu, co okazało się nie takie łatwe, bo „bagażowy” automat ukradł dwie marki. Poskarżyłem się robotnikowi w zielonym kombinezonie, jaka mnie spotkała przykrość, ale ten orzekł, że to nie jego problem. Szczęśliwie, bez kolejnych pieniężnych strat, pozbywszy się bagażu, zdecydowałem się poinformować znajomych, którzy mieli czekać na mnie w Warszawie, że znajduję się w dość rozpaczliwej sytuacji. Telefoniczny automat odmawiał jednak posłuszeństwa. Nie było rady, trzeba było wyruszyć w „teren”, czyli okolice dworca.

Dawny, komunistyczny splendor wyłaził na każdym kroku. Poczuwszy głód i pragnienie postanowiłem odnaleźć jakąś restaurację. Krążyłem dosyć długo, by wreszcie zdecydować się na bar-bistro, który – jeszcze w witrynie – oferował różne specjały. Apetyt rósł w miarę czekania. Poprosiłem kelnerkę o sznycel, ale ta uprzejmie oznajmiła, że mogę tylko się czegoś napić. Nie było wyjścia – pozostało picie… i obserwowanie dwóch wyrostków pijących piwo i kopcących papierosy. Ot i bądź tu mądry – pomyślałem sobie – i z głodnym żołądkiem, ale nieco weselszy, po pięciu dodatkowych godzinach spędzonych na gościnnym Lichtenbergu, powędrowałem na stację.

Na Lichtenbergu zaczęła się Polska. Polacy to naród zorganizowany, o czym przekonałem się wsiadając do pociągu. Wpierw przyłączyła się do mnie starsza pani, powracająca z Hamburga, po chwili następne trzy osoby: pani powracająca z Wysp Brytyjskich, studentka prawa z Łodzi i Polak, któremu się udało, właściciel małej firmy w Berlinie. Pociąg wyruszył planowo. Pani wracająca z wysp poinformowała zebranych, iż – niestety – nie zabrała ani łańcucha, ani kłódki, ani żadnego paska czy sznurka. Zdziwiłem się, choć przywykłem do podróżnych niespodzianek, albowiem po co komu łańcuch czy kłódka? Zagadka szybko się wyjaśniła. Na granicy do przedziału wkroczyła polska konduktorka i uroczyście oświadczyła: „Kto z państwa ma pieniądze albo wartościowe rzeczy, radzę przenieść się do wagonu sypialnego! My nie będziemy nikogo bronić!”. Nikt nigdy nie oświadczał mi, że nie będzie mnie bronić, no ale może teraz należy to do dobrego tonu… szczególnie jeśli o polskie koleje chodzi. Wszak od dawna wiadomo, że podróże kształcą, a raczej kształtują.

Polak, któremu się udało, i pani, która – tak jak ja – przeżywała podróż nieszczęsnym Weberem, zdecydowali się na sypialny. Zachęta okazała się skuteczna. Pani z wysp nie była jednak zadowolona z takiego obrotu sprawy. Uznała, że „we troje to zbyt niebezpiecznie” i zabrała się do organizowania dalszej podróży. „Polak potrafi” – mówiło dawne komunistyczne hasło. Polak jak Polak, Polak potrafi – trzeba by rzec. I to ile potrafi! Pani z wysp szybko znalazła trzech młodzieńców gotowych przygarnąć pod swe opiekuńcze skrzydła trójkę rozbitków. Kiedy z trójki zrobiła się szóstka, pani z wysp pocieszyła wszystkich stwierdzeniem, tyleż bezpośrednim, co stanowczym: „Zacznie się od Poznania. Jeśli wtedy pojawi się pan z brzuszkiem, znaczy to, że są!”. Jaki pan, jaki brzuszek i kto ma być? – zapytałem nieśmiało. „Jest różnie – kontynuowała doinformowywanie brytyjsko-polska dama – najczęściej okradają tylko śpiących. To zwykły, dobrze zorganizowany gang. Konduktorzy muszą być z nim w zmowie, bo to co się dzieje w pociągu nikogo nie obchodzi”.

W Poznaniu dwóch młodzieńców – jeden niemiecki i jeden polski Niemiec – musiało przesiąść się do innego pociągu. Z szóstki została czwórka. Trzeci młodzieniec – śmiało mówiący, że jest synem hitlerowca – uznał za stosowne przestrzec studentkę polskiego prawa, iż powinna być ostrożna, bowiem wcześniej do niej zalecający się polski Niemiec trudni się handlem, prowadzi ciemne interesy i w ogóle dziwnie się prowadzi. Dzielny syn hitlerowca, chłopak – trzeba przyznać – miłej powierzchowności i dużej życzliwości, upojony polskim piwem szybko usnął. Długo „oczekiwany” pan z brzuszkiem pojawił się niebawem. Nie był sam. Z nim zaczęła krążyć po pociągu pokaźna grupa niezbyt sympatycznie wyglądających panów. W związku z (oczekiwanym) rozwojem wypadków, postanowiłem odwiedzić przedział konduktorów. Nie byli zaskoczeni. Wiedzieli o wszystkim. Skarżyli się na swoją bezradność i – w końcu – pokazali mi zebrane z wagonów gaśnice. „Gdybyśmy nie zabrali tych gaśnic, musielibyśmy za nie płacić, bo gaśnice też kradną” – rzekł do mnie jeden z konduktorów. Skoro gaśnice kradną, racja – pomyślałem – trzeba było je zwinąć, polski pociąg przecież nie ma prawa się zapalić.

Pociąg sunął dalej przez Polskę. Na kolejnych stacjach – jak zauważyłem – niektórzy spośród niesympatycznych panów, choć nie wyglądało na to, żeby wcześniej mieli coś ze sobą, wysiadali z  bagażami,  inni  wsiadali – jeszcze z pustymi  rękami.  Pan  z brzuszkiem wielokrotnie pojawiał się na horyzoncie – zawsze w towarzystwie. Było to nierozsądne, ale mimo wszystko postanowiłem skorzystać z, być może, jedynej życiowej szansy i porozmawiać z postawnym jegomościem i jego kumplem, rozglądającym się wciąż na wszystkie strony. Kiedy zaproponowałem dialog, wyglądali na nieco zaskoczonych, młodszy, mniej postawny, niespokojny mężczyzna szybko jednak zareagował: „Jeśli nie chcesz w banię, lepiej spieprzaj do swojej baby!”. Ponowiłem propozycję. „Spierdalaj” – usłyszałem w odpowiedzi. Postawny mężczyzna był wyraźnie zdenerwowany. Wróciłem więc do przedziału. Niesympatyczni panowie, niemal do samej Warszawy, często przemieszczali się tam i z powrotem. Czekałem na obiecaną „banię”, ale skończyło się na groźnych spojrzeniach…

Wyruszając do Polski nie przypuszczałem, że czeka mnie tak wiele atrakcji. NRD, choć ponoć dawno przestało istnieć, zaczęło się w Hamburgu, Polska – w Berlinie! I jak tu nie mówić, że Europa się jednak rozszerza.

* * *

Kilka dni po dotarciu do celu, korzystając z okazji i chcąc zaspokoić swoją niezdrową ciekawość, zapytałem premiera Waldemara Pawlaka, co rząd polski zamierza robić, żeby zapewnić bezpieczeństwo obywatelom. Pan premier życzliwie odniósł się do pytania, nie udzielił jednak żadnej konkretnej odpowiedzi.

(1994)

 Marek WITTBROT

* W roku 1994 rolą dworca głównego nadal pełniła stacja Berlin ZOO.

,,Exodus”, rok VI, nr 7-8 / 1994, s. 20.