Świat odwróconego Dekalogu

Gustaw Herling-Grudziński (Łódź, 1998). Fot. Marek Wittbrot © Recogito

Mów całą prawdę, jacyśmy byli, mów, do czego nas doprowadzono.
Gustaw Herling-Grudziński, Inny Świat

Od zarania dziejów Dekalog jako zbiór dziesięciu podstawowych przykazań wyznacza ludzkości oś moralnego postępowania i traktowania bliźniego. W dążeniu do organizowania indywidualnego i zbiorowego życia ludzie kierują się ku wartościom najwyższym, ku sacrum, aby mieć doskonały wzorzec, punkt odniesienia i ostoję. Szczególne znaczenie ma przykazanie „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”. Tylko Bóg rządzi losem człowieka i nikt w tej mierze nie może Go zastąpić. Jednak w czasach dyktatury zostaje ono całkowicie zniekształcone.

Ponieważ tylko życie w imię dobra każdego człowieka (a nie wybranego narodu czy utopijnej idei) może zapewnić harmonijny rozwój społeczeństwa, dlatego np. rządy Stalina i Hitlera, a także innych przywódców systemów totalitarnych wprowadziły na świecie t o t a l n y chaos w rozumieniu hierarchii wartości ważnych dla człowieka. Dyktator sam siebie uznaje za Boga i pana ludzkich istnień. Wydaje okrutne wyroki, likwidując całe narody. Skazuje na piekło, choć obiecuje raj.

Niestety, wielu ludzi uwierzyło w obietnice i łatwe hasła, uznało prawo do decydowania o życiu i losie innych, podporządkowało się obłędnej idei uszczęśliwiania ludzkości na siłę. Działacze partii bolszewickiej czy faszystowskiej rozwijali kult wodza, chcąc zapewnić sobie władzę i posłuszeństwo w społeczeństwie. Osobę dyktatora wywyższano i czczono ponad miarę, niczym Boga, natomiast pojedynczy człowiek w oczach bolszewików lub faszystów nie znaczył nic, chyba że był im potrzebny do wykonania doraźnych zadań. Takie wypaczone oblicze sprawiedliwości pokazał z surowym realizmem więzień sowieckiego obozu w Jercewie – Gustaw Herling-Grudziński w powieści Inny Świat.

Głównym celem obozów zakładanych w Związku Radzieckim było ideowe zapanowanie nad społeczeństwem i wykorzystanie skazanych do ciężkiej pracy, między innymi przy wyrębie lasu w surowych syberyjskich warunkach. Nie miały więc one nic wspólnego z karą za rzeczywistą lub urojoną winę więźnia, lecz chodziło o jego wyeksploatowanie gospodarcze i całkowite przeobrażenie. Oskarżony już podczas śledztwa uznany był za skazanego i w żaden sposób nie mógł wpłynąć na wyrok. Przesłuchania, wielogodzinne tortury fizyczne i psychiczne doprowadzały do dezintegracji jego osobowości. Nie dbano bowiem o to, aby podpisać akt oskarżenia, lecz żeby diametralnie zmienić jego spojrzenie na swój los, wykształcić w nim poddanie wobec władzy, poprzestawiać niczym puzzle kształtowane od dzieciństwa wartości i poskładać na nowo jego osobowość, udowodnić bezsensowność jego dążeń, wierzeń, racji, stworzyć w jego pamięci i świadomości luki, w które można zaszczepić pędy nowego sposobu myślenia, wiary w nowy system, by w końcu uczynić go obywatelem innego już świata, w którym na nowo będzie musiał poznawać prawa i reguły. I gdy znajdzie się po drugiej stronie: „ocknie się z odrętwienia, zwróci zmęczoną, lecz uśmiechniętą twarz ku swemu dobroczyńcy i westchnąwszy głęboko, powie, że teraz wszystko rozumie, że błądził dotąd przez całe życie”. Wówczas sędzia, który „niczym chirurg wycina serce i przestawia je z lewej strony na prawą”, będzie mógł uznać, że „zabieg się udał, pacjent został nowo narodzony”. W ten sposób „uzdrowiony” pacjent wyruszy do obozu, a więc do miejsca, gdzie głód, mróz, choroby, katorżnicza praca i czyhająca na każdym kroku śmierć są wyznacznikami praw, obyczaju, reguł. Każdy z więźniów, jak opisuje autor, zatracał tam stopniowo resztki człowieczeństwa, gubił ostatnią nić łączącą go z przeszłością i poczuciem godności – uczucie litości.

Jeszcze na początku pobytu w obozie, skazani, mając na uwadze przede wszystkim swoje dobro, starali się jednak pomagać innym, bo przecież – jak pisze Grudziński – „czy można żyć bez litości?” Niestety, każdego więźnia z osobna obóz nauczył, że można. Po krótkim pobycie w trudnych warunkach obozowych bowiem stawał się ofiarą kurzej ślepoty, szału głodowego i nie tylko nie był już w stanie pomagać, ale zaczynał we współwięźniach widzieć jedynie przeszkody na drodze, wrogów, kolejne zagrożenie.

Wówczas rozpoczyna się jego walka o życie, a raczej ucieczka przed śmiercią. Moralność zaczyna postrzegać w zupełnie innym świetle. Sens czwartego przykazania: „Czcij ojca swego i matkę swoją” w warunkach obozowych był podwójnie wypaczony. Po pierwsze synowie sprzeniewierzali się swoim ojcom i zdradzali ich w imię narzuconej idei, po drugie zniekształcony został topos matki. O zatraceniu uczucia miłości i przede wszystkim szacunku dziecka wobec rodzica świadczy postawa Saszy, walczącego w Armii Czerwonej, wobec swojego ojca Pamfiłowa. Syn rzadko pisywał do cierpiącego, zamęczonego starego Pamfiłowa, uznając za słuszne jego zamknięcie w obozie. Dopiero gdy sam się tam znajdzie, pojedna się z ojcem. Nawet, wydawać by się mogło, najtrwalsza z wartości – miłość macierzyńska – nabierała w obozie zupełnie innego znaczenia. Matkami w obozie zostawały kobiety, zgwałcone np. podczas „nocnych łowów” lub poddające się prostytucji w celu przetrwania. Ich dzieci były bękartami i tak też je traktowano. Podczas ciąży i jakiś czas po urodzeniu dziecka kobiety żyły w trochę lepszych warunkach niż pozostałe więźniarki, później ich dzieci były wywożone w nieznanym kierunku. Zatem okres macierzyństwa, który na wolności nazywamy stanem błogosławionym, kojarzył się w obozie raczej z możliwością odpoczynku, chwilą wytchnienia i zregenerowania sił niż z radosnym oczekiwaniem matki na swe dziecko.

W ekstremalnych warunkach, w jakich żyli i pracowali więźniowie, nie wzbudzała oburzenia postawa zupełnie zaprzeczająca słowom ósmego przykazania: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”, bowiem donosicielstwo stało się w obozie czymś codziennym. Autor porównał je do gry w szachy, w której wystarczy chwila nieuwagi, by na własnej skórze odczuć co to szach i mat. „Trzeba mieć oczy na właściwym miejscu, kiedy się gra w szachy” – mówi po zwycięskiej partii Loevenstein, mając na myśli doniesienie Zyskinda na młodego technika, który został z tego powodu rozstrzelany. Chyba każdy więzień oswajał się z tą myślą, że na pryczy obok może leżeć donosiciel, ponieważ kolejnego dnia i jego ofiara mogła być oskarżycielem i donosić na wcześniejszego zdrajcę, krąg się zataczał…

Jakże wymowny staje się fakt innego donosu, którego ofiarą stał się sam Grudziński. „Gdyby nie Machapetian, załamałbym się w tych dniach męczącej niepewności. […] Był mi bratem, a może nawet więcej, bo bratem i przyjacielem w jednej osobie” – tak wyraża się autor o swym obozowym bracie, powierniku, w którym odnalazł oparcie, serdeczność, przyjaźń. Lecz, niestety, to właśnie Machapetian złożył na niego fałszywe oskarżenie. Dramatyczna sytuacja staje się jeszcze bardziej klarowna, gdyż Grudziński nie opatrzył jej żadnym komentarzem. A takich jak ta było przecież tysiące, być może zakończonych jeszcze tragiczniej.

Pozytywne uczucia były więc raczej pojęciem abstrakcyjnym, w które więźniowie często chcieli uwierzyć, lecz szybko ich niezłomność była podważana przez wydobywaną konsekwentnie poprzez rytm życia obozowego: zwierzęcość, nieufność, wrogość. „Nie kradnij” to nakaz szacunku dla mienia drugiego człowieka, wobec którego opanowani szałem głodowym współwięźniowie nie potrafili się zastosować nawet w stosunku do swych przyjaciół, jak na przykład Sadowski, wyrywając blaszankę z zupą Grudzińskiemu. Ponadto było to zjawisko zupełnie zrozumiałe, a nawet wybaczone przez narratora towarzyszowi niedoli.

Więźniowie obozu sowieckiego na co dzień obcowali ze śmiercią, lecz starali się być na nią znieczuleni, musieli takimi pozostać wobec wszystkiego, co się wokół nich działo, aby przetrwać. Jednak każdego z nich myśl o wszechobecnej śmierci przerażała podobnie. Każdy z nich tak samo bezbronny i sparaliżowany strachem, nie mógł liczyć na nikogo w chwili ostatecznej, bowiem sam potrzebował pomocy. Brak solidarności nawet w momencie śmierci sprawiał, że była ona anonimowa, co przerażało więźniów podwójnie: jako dowód własnego znieczulenia i jako dowód na to, że nikt nie zareaguje w chwili ich śmierci. Już sama „domowa wojna” pomiędzy „urkami” a więźniami politycznymi („nocne łowy”), wewnętrzna obozowa walka eliminowały poczucie solidarności.

Między więźniami istniała przegroda nieufności i instynktownej wrogości. Najgroźniejszym przeciwnikiem, bardziej przerażającym od samych oprawców, był brak poczucia jedności. Wewnętrzna obozowa rywalizacja prowadziła do wzajemnego wyniszczania, prześcigania się w pracy, a odsuwając słabych od możliwości udziału w silniejszej grupie, sprawiała, że „było w tym wszystkim coś nieludzkiego, coś łamiącego bezlitośnie jedyną więź łączącą, zdawałoby się, więźniów w sposób naturalny – ich solidarność w obliczu prześladowców”.

Fakt, iż obóz był miejscem odwróconego Dekalogu, obrazuje również zachowanie więźniów wobec Gorcewa – bolszewika, który jeszcze niedawno sam był oprawcą, sam bił i katował. Wbrew przykazaniu „Nie zabijaj!”, odkąd odkryli jego tajemnicę, stał się dla nich „okazją” do odwetu za całe zło i niesprawiedliwość, która ich spotkała. Na pewien czas to oni wcielali się w oprawców, a z goryczą wypowiadane przez pewnego inżyniera słowa są niezwykle gorzkim świadectwem obrazu obozowego życia: „No, nareszcie i nam pozwolono odczuć, że rewolucja odwróciła stary porządek rzeczy. Dawniej rzucano niewolników lwom na pożarcie, teraz rzuca się lwy na pożarcie niewolnikom”. To stwierdzenie przywodzi także na myśl stosunek do obozu mieszkańców baraku technicznego, którzy „uważali wszystko to, co się z nimi i obok nich działo, za kiepski żart sceniczny, w którym bandyci grają rolę policjantów, a policjanci siedzą pod ścianami w kajdankach na rękach”.

Ale co najbardziej zaskakujące w moralności obozowej, sprzyjającej mordercom, gwałcicielom, złodziejom, donosicielom, oszustom, znalazło się w niej miejsce także na hipokryzję! Społeczność obozowa bowiem, jak każda społeczność i w tych warunkach stworzyła pewną hierarchię uczynków, aby, uznając pewne z nich za niegodne, oczyścić siebie z tych uznanych za mniej haniebne. Stąd, choć sami mężczyźni powodowani głodem seksualnym zmuszali kobiety do prostytucji, jednocześnie potępiali je za to, co robią. Sami, mogąc często przekupywać urzędników dobrami materialnymi, gardzili tymi, które sprzedawały jedyny swój cenny skarb – ciało. W tym zatem zupełnie zniekształconym prawie zaistniała dodatkowa hierarchia: gorszych i lepszych złych uczynków.

Nie szokowało donoszenie na przyjaciół ani jawna kradzież ich racji żywności, nie wzbudzało oburzenia znęcanie się psychiczne nad śmiertelnie chorymi przez zdrowiejących, którzy jeszcze niedawno sami byli w podobnej sytuacji, nie dziwiła obojętność na cudze cierpienie, rzadko natomiast spotykane były: miłość, przyjaźń, ofiarność, bezinteresowna pomoc, a kiedy pojawiały się, to, jak określa autor, w formie szczątkowej.

„Pamiętaj, abyś dzień święty święcił” jest chyba jedynym przestrzeganym na swój sposób przez więźniów przykazaniem, lecz nie odnosi się w obozie do biblijnego święta pierwszego dnia tygodnia – niedzieli, lecz organizowanego raz na jakiś czas wolnego dnia od pracy – wychodnoj dień. Wszyscy, którzy do tej pory prowadzili nieludzką walkę o przetrwanie, stawali się na jedną dobę grzeczniejsi wobec siebie, uprzejmi, skorzy do rozmów, pojawiały się na parę chwil na nowo obudzone uczucia (radość, nadzieja). Na moment spod twardej skorupy stworzonej przez obozową rzeczywistość wydobywały się znaki człowieczeństwa, więźniowie starali się „wykrzesać trochę radości ze swego cierpienia”.

Cała prawda, jaką wypowiada autor, to nie tylko oskarżenie systemu, nie tylko odkrycie dna człowieczej duszy, kim stać się może człowiek w obliczu głodu i tortur, iż jest w stanie uwierzyć we wszystko i ślepo się czemuś podporządkować, ale przede wszystkim odkrycie tego, że nigdy nie będzie możliwa prawdziwa ogólnoludzka solidarność w tym, co najważniejsze – w człowieczeństwie.

Inny świat dowodzi, jak wielkie w człowieku tkwią pokłady zła, jak totalitarne idee o zaprowadzeniu „porządku” w społeczeństwie, przy zastosowaniu drastycznych metod tak naprawdę prowadzą do zatracenia najważniejszych wartości życia i zaniku poczucia godności osobistej. Zaciera się granica pomiędzy ofiarą a oprawcą, którym jest nie tylko sam strażnik czy zbrojny napastnik, ale również zniewolony więzień uciskający towarzyszy swojej niedoli.

Czyż wobec tragicznego zmagania się zniewolonego człowieka z okrutnym losem nie stają się jasne słowa Grudzińskiego: „cierpienie nie jest próbą, z której wychodzi się w blasku zwycięstwa?” Ten bowiem, kto nawet potrafił nie podporządkować się nowym regułom, nowemu życiu, mógł jedynie sam je sobie odebrać, nie mając siły odgrodzić się żadnym sposobem od zła, okrucieństwa i bezwzględności panującej dokoła. Dlatego Grudziński wyraźnie podkreśla, że „człowiek jest ludzki w ludzkich warunkach”, a sądzenie go według norm późniejszych czasów staje się nonsensem, „tak jakby wodę można było mierzyć ogniem, a ziemię piekłem”.

Czy w obliczu współczesnych totalitaryzmów można spodziewać się czegoś lepszego, odżegnując się od uniwersalnych wartości, odchodząc od testamentowego Dekalogu, zapominając o Bogu?

Monika TOMSIA

Monika Tomsia. Urodziła się 24 maja 1984 roku. Uczennica klasy maturalnej II LO im. Generałowej Zamoyskiej i Heleny Modrzejewskiej w Poznaniu.

Recogito / Archiwum pamięci, kwiecień-czerwiec 2003