Z szarego notatnika (3)

Teresa Tomsia i Eugeniusz Tomsia (Poznań, 2018). Fot. Archiwum prywatne © Recogito

Spośród wielu imion porzuconych na marginesie „teraz” ocalam w portrecie dworcowym niecodzienne imię Alfredyna należące do urodziwej pani o platynowych włosach i bystrym spojrzeniu brązowych oczu. Zaprosiła mnie do stolika, gdy w Katowicach podczas przesiadki na Poznań rozglądałam się za wolnym miejscem, by wypić poranną kawę. Wracałam z sanatorium w Goczałkowicach, przeziębiona, nieskora do rozmowy, lecz gdy usłyszałam przyjazne zdanie, chętnie przysiadłam się do małego stolika w otwartej na hol kawiarence, gdyż w głosie nieznajomej zabrzmiała matczyna troskliwość. Było to zainteresowanie bezpieczeństwem mojej walizki, co nieczęsto zdarza się w podróży.

 – Niech pani postawi ją tu, przy ścianie, a nie w przejściu, gdzie wszyscy przechodzą – nieznajoma zwróciła się do mnie serdecznie i stanowczo, gdy podchodząc powiedziałam „dzień dobry”. Zapytałam, czy czeka na kogoś i czy moja obecność nie będzie jej przeszkadzać. – Skądże, już kupiłam bilet – odrzekła z uśmiechem – za miesiąc wyjeżdżam na kurację do ulubionego Iwonicza, a bilet kupiony z wyprzedzeniem jest tańszy. Jej talerz był już pusty, leżała na nim serwetka i okruszyny po zjedzonym śniadaniu. Był kwadrans, może nieco więcej na przygodną rozmowę.

Ujęła mnie życzliwość nieznanej osoby, więc chętnie usiadłam naprzeciw niej ze swoim kawowym kubkiem udatnie wystylizowanym na filiżankę. Podziękowałam uśmiechem i dodałam, że potraktowała mnie z kresową gościnnością, a ja to cenię, bo właśnie w kulturze domu dawnych Kresowian zostałam wychowana. Wtedy nieznajoma poruszyła się, przez jej twarz przebiegł skurcz, jakby nagle coś sobie uprzytomniła. Trwała w unieruchomieniu dłuższą chwilę, aż w końcu odprężyła się, odetchnęła dwukrotnie, powstrzymując napierającą falę emocji i powiedziała przyciszonym głosem, wydobywanym z głębin zachowanych wspomnień, a więc pokładów najcenniejszych, choć jednocześnie niezmiernie dotkliwych: – Znam Sybir, pracowałam w kopalni Workuta prawie 13 lat, udało mi się uzyskać wolność i wrócić do Polski dopiero w połowie 1956 roku.

A zatem przeżyła deportację do kopalni węgla za koło podbiegunowe w północno-syberyjski klimat. Jakże młodej dziewczynie udało się przetrwać tyle lat katorżniczej pracy w ekstremalnych warunkach? Nie śmiałam wypytywać o jej dzieje ani o nazwisko, gdyż wspominanie deportacji i zniewolenia dla byłych więźniów bywa zwykle żarliwe, lecz trudne, często wątek zostaje przerwany, a zdanie wpół wypowiedziane nagle zawieszone. Pani Alfredyna jednak chciała podzielić się swoją historią z kimś, kogo nie zna i kogo już pewnie nigdy nie spotka – mówiła dla prawdy historii, dla uroku młodzieńczych, choć bolesnych wspomnień. Rany być może już się zabliźniły, więc nie pytając mnie o nazwisko zaczęła mówić również dla radości spotkania w podróży, którą jest życie, bo opowieść losu łączy ludzi, daje nadzieję zrozumienia świata i swojego w nim miejsca.

Siwa pani podkreśliła, że lubi swoje niezwykłe imię Alfredyna. Powtórzyła je kilka razy, żebym nie pomyliła z Albertyną, najwidoczniej dumna z tak rzadkiego imienia. Została zatrzymana przez NKWD w Stanisławowie, gdy rodzina i sąsiedzi opuszczali miasto w obawie przed kolejnymi aresztowaniami i wywózkami na Sybir. Był rok 1943, chciała zabrać jeszcze album ze zdjęciami i pobiegła boczną uliczką do opuszczonego domu, a wtedy nadeszli Sowieci i zaaresztowali dziewczynę, załadowali razem z innymi w bydlęce wagony i skazali na wiele lat przymusowej pracy w kopalni Workuta. Spod rękawów beżowej pikowanej kurtki wystawały spracowane ręce, stawy palców były mocno zniekształcone i obrzmiałe od ciężkiej fizycznej pracy, jednak zadbane i starannie pomalowane lakierem paznokcie, w śliwkowej tonacji jak szalik oplatający szyję, świadczyły o gustownej egzystencji mojej rozmówczyni.

Kiedy Alfredyna mówiła, lekko potrząsała głową, falowane włosy spadały na czoło, ale ich nie odgarniała, pochłonęła ją opowiadana historia wdzięczności dla tego, który ocalił jej życie w sowieckim łagrze. Był to porzucony przez leśną sforę szczeniak z dzikiego stada, mały wilczur potrzebujący jeszcze opieki. Zauważyła go kwilącego w rowie, gdy o zmroku wracała w grupie z niewolniczej pracy ledwo powłócząc nogami, poganiana przez strażnika. Znalazła w sobie nagle dość siły, by niepostrzeżenie skoczyć w bok – schyliła się szybko, wzięła szczenię pod pazuchę roboczego łachu i zabrała do baraku.

Mieć własnego psa w okrutnym świecie komunistycznego łagru, gdzie człowieka ograbiono z  wszystkiego, co miałoby jakąkolwiek wartość, to był dar i znak przetrwania. Szczeniak otrzymał imię Bert. Z początku karmiony był okruszynami chleba i miseczką mleka od mieszkającej w pobliskiej osadzie rosyjskiej rodziny, gdy podrósł, wypuszczał się w las i wracał z upolowanym zającem, którym dzielili się w baraku. Alfredyna spała na pryczy  wtulona w futro Berta, psia przyjaźń dawała dziewczynie nadzieję, nie pozwalała się poddać. – Bert, miał na imię Bert, był szaro-biały, ciepły i wierny, współczujący, lizał moje pokaleczone w kopalni ręce i nogi, posłuszny, bardzo posłuszny – powtarzała przywołując dawne chwile.

Nie śmiałam naprędce dopytywać o dalsze losy starszej pani, musiałam iść na peron. Wstałam, by się pożegnać i życzyć dobrego dnia, jednak moja ciekawość była widoczna i pani Alfredyna dorzuciła pointę swojej historii: – Bert został u rosyjskiej rodziny, która pomogła mu przetrwać, nie mógł przecież jechać ze mną, nie wolno było zabierać zwierząt ze zsyłki. To był mój najlepszy przyjaciel. Gdy odnalazłam na Śląsku rodzinę, okazało się, że przetrwali wojnę, zagospodarowali się i dostosowali do warunków komunistycznej PRL-owskiej rzeczywistości. Mój kresowy zaśpiew w mowie i zbiedzony wygląd stał się dla nich przeszkodą. Nie było łatwo usamodzielnić się i przetrwać trudne czasy, ale dałam radę, jak pani widzi, jestem wciąż samodzielna.

Kawę o poranku i przygodną rozmowę z niezwykłą panią Alfredyną w dworcowej kawiarence na katowickim dworcu zapamiętam na zawsze. Kiedy obejrzałam się, by spojrzeć na rozmówczynię ostatni raz, uśmiechnęła się nostalgicznie i pomachała ręką na pożegnanie, a później spojrzała na podłogę, w miejsce przy nodze, jakby tam mogła ujrzeć warującego Berta chroniącego swoją panią przed wszelkim złem tego świata. 

Teresa TOMSIA

Teresa Tomsia poetka, eseistka, animatorka kultury; publikowała w „Arkuszu”, paryskiej „Kulturze”, „Toposie”, „Tyglu Kultury”, „Recogito”, „Frazie”, „Wyspie”, w antologii „Poznań Poetów” (2011), w albumie Homo homini res sacra wydanym na 40-lecie Centrum Dialogu w Paryżu (2016). Jej książka poetycka ukazała się w tłumaczeniu na j. niemiecki i francuski: SchönerPiękniejsze – C’est plus beau (2000). Wydała prozę dokumentalizowaną o deportacjach z ziemi nowogródzkiej Dom utracony, dom ocalony (2009), szkice literackie Niedosyt poznawania (2018), ostatnio tomik wierszy Kobieta w kaplicy (2016). Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich. Mieszka w Poznaniu.

Recogito, rok XX, luty 2019