Zgodnie z zasadą wolności

Ks. Tadeusz Pieronek (z prawej) podczas dokonywania wpisu do księgi pamiątkowej przez Jana Pawła II (Kraków 1979). Fot. Arturo Mari © Recogito

Z biskupem Tadeuszem PIERONKIEM rozmawia Marek WITTBROT

Bp prof. dr hab. Tadeusz PIERONEK urodził się 24 października 1934 roku w Radziechowach. Po ukończeniu studiów filozoficznych i teologicz­nych w Wyższym Seminarium Duchownym w Krakowie otrzymał świecenia kapłańskie w dniu 26 października 1957 roku. Studiował prawo kanoniczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (1956-1960), a następnie w Rzymie (1961-1965), gdzie odbył również studia przy Najwyższym Trybunale Kościel­nym zwanym Rotą Rzymską. W roku 1958 pracował jako wikariusz w Bielsku-Białej. Od 1960 roku pełnił przez rok funkcje notariusza Kurii Metropoli­talnej w Krakowie oraz obrońcy węzła małżeńskiego w Sądzie Metropolital­nym. W latach 1965-1967 był prefektem Seminarium Duchownego w Krako­wie. Brał czynny udział w pracach Synodu Archidiecezjalnego (1972-1979) oraz Synodu Prowincjalnego (1974-1983), pełniąc funkcje sekretarza, a od 1972 do 1979 roku  przewodniczącego Komisji Synodalnej dla problemów prawnych. Od 1987 roku jest sekretarzem odbywającego się w Polsce II Syno­du Plenarnego. W roku 1975 został mianowany członkiem Komisji Episkopa­tu Polski ds. Kodeksu Prawa Kościelnego. Od 1989 roku jest konsultorem Pa­pieskiej Rady ds. Interpretacji Tekstów Prawnych. Uzyskał doktorat i habilita­cje z prawa kanonicznego. Od 1965 roku wykłada ten przedmiot na Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, gdzie w latach 1974-1980 sprawował funkcje prodziekana Wydziału Teologicznego. Opublikował wiele rozpraw nau­kowych z dziedziny prawa kanonicznego oraz artykułów na temat synodów. W 1992 roku mianowany biskupem pomocniczym w Sosnowcu i wybrany za­stępcą Sekretarza Episkopatu Polski. W ramach prac Konferencji Episkopatu Polski był w latach 1992-1993 zastępcą sekretarza generalnego, a w latach 1993-1998 sekretarzem generalnym Konferencji. Został członkiem Rady Głównej (od 1996 Rady Stałej) i Rady Programowej Katolickiej Agencji Informacyjnej. Z nominacji Jana Pawła II od 11 maja 1998 do 21 czerwca 2010 pełnił funkcję przewodniczącego Kościelnej Komisji Konkordatowej. Jako sekretarz generalny Konferencji koordynował całość prac organizacyjnych podróży apostolskiej Jana Pawła II do Polski w 1997, zainicjował wydawanie „Akt Konferencji Episkopatu Polski”, a także przyczynił się do założenia Katolickiej Agencji Informacyjnej i Fundacji „Opoka”. W okresie, kiedy przewodniczył Kościelnej Komisji Konkordatowej, unormowano m.in.: kwestie małżeństw konkordatowych, problemy kościelnego szkolnictwa wyższego i wydziałów teologicznych na uniwersytetach państwowych, sprawy związane z ubezpieczeniem duchownych oraz zagadnienie statusu prawnego kapelanów szpitali i więzień. Został rezydentem archidiecezji krakowskiej, gdzie objął funkcję delegata Arcybiskupa Metropolity Krakowskiego do spraw nauki i kultury. W 2005 został mianowany kanonikiem Kapituły Metropolitalnej na Wawelu. Brał udział w procesie beatyfikacyjnym Jana Pawła II, przewodnicząc w latach 2005-2006 trybunałowi rogatoryjnemu w Krakowie. Uczestniczył w przygotowaniach papieskiej podróży apostolskiej w 1999, a po jej zakończeniu przyczynił się do powołania Fundacji „Dzieło Nowego Tysiąclecia” i został członkiem Rady Fundacji. Objął przewodniczenie w kapitule Nagrody Totus w kategorii propagowanie nauczania Jana Pawła II oraz Radzie Programowej Instytutu Dialogu Międzykulturowego im. Jana Pawła II w Krakowie. W 2000 został przewodniczącym Komitetu Organizacyjnego Międzynarodowych Konferencji „Rola Kościoła Katolickiego w procesie integracji europejskiej”, odbywających się pod patronatem Komisji Episkopatów Wspólnoty Europejskiej. Zmarł nagle 27 grudnia 2018 roku w Krakowie.

– Dlaczego dziś w Polsce jest tyle wrogości względem Kościoła?

– To, że nastawienie do Kościoła bywa nie­kiedy bardzo wrogie, oznacza, że nie jest on obojętny. Bardziej bym się martwił, gdyby nie było żadnych reakcji, znaczyłoby to bowiem, że społe­czeństwo nie potrzebuje orędzia, z którym Kościół występuje, albo też – co jest nieprawdo­podobne – że wszelkie problemy wygasły i że Po­lacy to ludzie święci.

– We Francji czy w Niemczech o Kościele wiele się nie mówi, podobnie jest we Włoszech i innych krajach, nie można jednak powiedzieć, że życie Kościoła na Zachodzie stanowi margines życia społecznego.

– Trzeba brać pod uwagę konkretną sytua­cję, a w każdym z tych krajów sytuacja Kościoła jest inna. Francja ma za sobą doświadczenie rewo­lucji, bardzo antykościelnej i antyreligijnej. Niemcy przeżyli Reformację. Dzieje Włoch są związane z papiestwem. Na przykład we Włoszech dość dużo mówi się ostatnio o Kościele. Pojawia się tam za­rzut, który do niedawna pojawiał się w Polsce  że za dużo księży występuje w telewizji.

Kościół ma prawo i obowiązek korzystać z tych środków, które pozwalają mu dotrzeć do człowieka. Wzmożone zainteresowanie Kościo­łem w Polsce to reakcja na coś, co jest nowością, z czym ludzie nie są obyci, a co jest normalną rzeczą. Jesteśmy częścią społeczeństwa, my właściwie  jako w przeważającej części ludzie wierzący – je tworzymy. Byłoby rzeczą dziwną, gdyby nie mówiono o Kościele. Oczywiście, nie chodzi o to  jak nieraz bywa z kobietami, że nie jest ważne, czy dobrze, czy źle się mówi, waż­ne jest, żeby budzić zainteresowanie.

Kościół w Polsce, poprzez zaplanowane odseparowanie go od społeczeństwa, nie był aktorem sceny publicznej. Wydaje mi się, że i dziś, mimo różnego rodzaju nacisków, żeby go zohydzić, przedstawić od jak najgorszej strony, nadać mu epitet czarnego totalitaryzmu, jeszcze jest czas, żeby została nawiązana łączność ze społeczeństwem, żeby wszystkie swe doświadcze­nia wykorzystać do celów ewangelizacyjnych.

– Nie obawia się Ksiądz Biskup, że sprawy Kościoła staną się dla polskiego społeczeństwa mało istotne?

– Wierzący są zawsze, tak jak w Biblii, re­sztą, zaczynem… Kościół nigdy nie stanowił ta­kiej większości, która przez samo swe istnienie mogłaby narzucać swe poglądy. Kościół to życie z wyboru. Owszem, jest w Ewangelii wezwanie: Aby była jedna Owczarnia i jeden Pasterz. Trudno jednak rozumieć to w ten sposób, że ca­ły świat ma się nawrócić i stanowić jedno w znaczeniu administracyjnym, organizacyjnym czy instytucjonalnym. Pan Bóg dochodzi do nas bardzo różnymi drogami, ma swoje niezbadane sposoby docierania do serca człowieka. Proroc­kie posłannictwo Kościoła spełnia się poprzez Boże słowo, wierność słowu wypowiedzianemu przez Boga, jak i poprzez czyn.

– Często możemy spotkać się z opinią, że Kościół w Polsce jest zacofany, że w przeciwieństwie do Zachodu brak mu głębi, czyli głę­bokiej myśli teologicznej?

– Wciąż pokutuje mit Oświecenia, który głosi, że wszystko, co wartościowe pochodzi z Zachodu. Nie należy zapominać, że Oświecenie wyrządziło ogromne szkody. Równie dobrze mo­glibyśmy odnieść się do biblijnego: Lux ex Oriente (Światło przychodzi ze Wschodu). Tym Wschodem jest Chrystus. Potrzebne jest więc nie tyle oświecenie w sensie wymysłów ludzkiego rozumu, co w sensie otwarcia się umysłu człowieka na światło Chrystusa.

– Nie należy zatem oglądać się na Za­chód?

– Przeciwnie. Powinniśmy wielu rzeczy od Zachodu się nauczyć. Nie jestem zwolennikiem twierdzenia, że po Soborze Watykańskim II Kościół na Zachodzie ponosił same porażki. Owszem, straty są znaczne. Kościół wszedłszy w problemy,  jakie przynosi ze sobą demokracja, zagubił się. Ale my teraz też jesteśmy zagubieni. Całą pracę Kościoła trzeba tak ustawić, by mogła ona przeobrazić   mentalność ludzką, co na Za­chodzie już się dokonało. Pewne przewartościo­wanie, które następuje w historii, jest wielką łaską, wielkim darem Bożym. Ale też do darów Bo­żych trzeba podchodzić z wielką pokorą i trzeba umieć z nich korzystać. Kościoły zachodnie  mimo bolesnych przejść, a może dzięki nim mają doświadczenie jak pokonywać trudności, z którymi Kościół styka się w sytuacji wolności, wolnego wyboru. Oczywiście, Kościół nie może stosować metod przymusu, bo Boga można ogarnąć swoim umysłem, swoim sercem, swoją wolą tylko poprzez akt wolności, jaki się w czło­wieku dokonuje. Kościół szuka dróg i idzie ryt­mem narzuconym przez społeczeństwo  przez różne układy gospodarcze, polityczne, przemia­ny społeczne. Teraz nadeszła era rozszyfrowania, co oznacza dla człowieka wolność.

Kościoły zachodnie, przeszedłszy swoją kalwarię, potrafiły dotrzeć do człowieka współ­czesnego. Wprawdzie nie pociągnęły za sobą mas, ale jest w ich działaniu autentyczne chrześcijaństwo. Jest to nie tylko  generalnie patrząc  umiejętność podejścia do wolności. Za­chód wypracował konkretne metody duszpaster­skie. W Polsce jesteśmy dopiero na etapie roze­znania sytuacji. Sądzę jednak, że z nami nie będzie tak, jak było z Kościołem na Zachodzie.

– Dlaczego…?

– Skala zjawiska jest inna. Kościół w Polsce wyróżnia  element ludowy. Można zarzucić nam pewną naskórkowość, ale też trzeba dostrzec bar­dzo głębokie osadzenie w tradycji chrześcijańskiej. Socjologowie są zgodni, że w Polsce proce­sy laicyzacyjne nie idą tak daleko jak na Zachodzie. Jesteśmy w sytuacji rozeznawania potrzeb ludzkich  także i możliwości dotarcia do społe­czeństwa, które bardzo się zmieniło.

W Kościele w Polsce istnieje duże rozwar­stwienie opinii. Są tacy, którzy uważają, że do współczesnego człowieka trzeba znaleźć klucz i tacy, którzy uważają, że kto nie zachowuje peł­nej wspólnoty z Kościołem dziś, u kogo podejście do wiary i moralności jest bardzo se­lektywne, tego trzeba wyrzucić na margines. Tendencja do bardzo zasadniczego traktowania człowieka jest niebezpieczna, bo zawiera ele­ment zbytniej pewności siebie. Chrystus kazał wyciągać ręce do każdego człowieka i nie gasić ognia o nikłym płomyku.

– Ksiądz Biskup mówi o rozeznaniu, są­dzę jednak, że Ksiądz Biskup orientuje się, jakie są bolączki i potrzeby dzisiejszego Kościoła.

– Jesteśmy ciągle na etapie rozeznania. Musimy pamiętać, że wychodzimy z pewnej wizji Kościoła, jaka obowiązywała przez długie lata. Całe społeczeństwo musi sobie uświadomić, że przemiany są głębokie, że jesteśmy na dziejo­wym zakręcie i że trzeba się bardzo kontrolować, żeby z niego nie wypaść.

– Co należy robić?

– Nie istnieje żaden cudowny lek. To, co się mówiło o pobożności, o duszpasterstwie maso­wym w Polsce, tego nie można spostrzegać jako zło. Ale też nie można na tym bazować jako na metodzie, która  mówiąc brutalnie  będzie nam trzymać ludzi w Kościele. Ona tych ludzi raczej z Kościoła wypędza.

– Jakie metody winno się preferować?

– Te metody Kościół w Polsce stosuje od kilkunastu lat. Od początku lat siedemdziesią­tych widać dążenie do tego, żeby było bardziej osobiste zaangażowanie człowieka w życie religijne. Jest próba tworzenia małych wspólnot. Jest próba uświadomienia, zwłaszcza ludziom świeckim, ich odpowiedzialności za Kościół. Jeśli porównamy lata sześćdziesiąte z tym, co jest dzisiaj, widać zmiany. Nie są to jednak zmiany o charakterze masowym. Nie możemy jeszcze powiedzieć, że z Kościoła milczącego prze­kształciliśmy się w taki Kościół, w którym każ­dy bierze na swoje barki część odpowiedzial­ności. Jest wielu świeckich, którzy wspaniale to robią, ale też wielu takich, którym tylko się wy­daje, że robią to dobrze. Metody pracy ulegają przekształceniu, lecz idzie to wolno, bo mental­ność ludzką nie jest łatwo zmienić.

Człowiek musi być głęboko przekonany, że wiara jest jego osobistą wartością i że jest wartością wspólnoty kościelnej. A także, że nikt nie uczyni go świętym, nikt go nie zbawi, lecz że sa­memu trzeba do tego dążyć. Świat jest bardzo wrogi tego typu postawie. Działają w świecie różne siły, które chciałyby pozbyć się Kościoła, tym trudniejsze jest owo zadanie.

– Kościół jednak nie może być czymś w rodzaju oblężonej twierdzy.

– Jeżeli Kościół miałby się okopywać, żeby bronić swego znaczenia w życiu publicznym ja­ko instytucja, żeby eliminować tych, którzy myślą inaczej, to takiej postawy nie możemy przyjąć. Ale jeśli Kościół broni swojej misji pro­fetycznej i nie chce ustąpić  bo nie ma prawa z głoszenia słowa Bożego w jego autentycznym kształcie, wtedy każdy może mówić, co chce, my jednak powinniśmy robić swoje. Tym, którzy mówią: poprawcie jedną, zrezygnujcie z innej zasady, wtedy świat was zaakceptuje, należy otwarcie powiedzieć: takiego wyboru Kościół do­konać nie może. Straciłby wtedy swoją tożsa­mość i byłby niepotrzebny.

Kościół chce tworzyć społeczeństwo zgo­dnie z zasadą wolności. Pluralizm, autonomia rzeczy świeckich pozwalają na to, żeby wierzący przepajali świat duchem Ewangelii. Muszą jed­nak pamiętać, że są również inni ludzie, którzy nie uznają tych samych wartości i też mają pra­wo żyć i tworzyć swój świat.

– Czy i w Kościele następuje proces de­mokratyzacji?

– Kościół nie jest instytucją demokratycz­ną. Przejmowanie pewnych metod, właściwych demokracji, jest potrzebne, ale bez przesady. Weźmy  sprawę wyboru do rad duszpasterskich. Metody demokratyczne wyłaniania kandydatur mogą być bardzo pomocne. Nie może być jednak tak, z czym często spotykamy się w Niemczech, że rady duszpasterskie przejmują zarząd parafią i proboszcz musi mieć na wszystko zgodę rady parafialnej. Demokracja dla Kościoła to stanow­czo za mało. Wyraża się ona bowiem zasadą większości, a więc ci mają rację, którzy są w większości. Są rzeczy, o których nie może de­cydować podniesienie ręki czy kartka wyborcza. Kościół stosuje inne metody. Na przykład w działalności hierarchii wyrażają się one po­przez kolegialność. Ważna jest większość, ale je­szcze ważniejsza jest jednomyślność. Ona zaś objawia się nie poprzez głosowanie, lecz przez synowskie przylgnięcie do praw, które Bóg obja­wia człowiekowi. Konsultacja jest potrzebna, bo od niej zależy recepcja, ale decyzja musi należeć do tych, którzy zostali do tego powołani.

– Dotykamy tutaj zagadnień bardzo istotnych, a mianowicie kwestii władzy i udziału świeckich w życiu Kościoła.

– Oczywistą jest sprawą, że nie chodzi o rozstrzyganie wszystkiego dekretami. Księża też powinni liczyć się z tym, co ludzie mówią, powinni nachylać się, słuchać, sondować opinie. Przyjęcie metod i modelu państwowego do Kościoła jest jednak niemożliwe. W Kościele każdy ma swoją rolę do spełnienia. Hierarchia też jest potrzebna. Tutaj można by powtórzyć słowa patriarchy Konstantynopola, Bartłomieja I: „Nie chodzi o prymat osób, lecz o prymat posług”. O ile o prymacie Piotra tego z całą słu­sznością powiedzieć nie można, bo w tym wy­padku chodzi także o prymat osoby, to w każdej innej sytuacji chodzi o prymat posług. Albo­wiem władza w Kościele jest pojmowana jako posługa, nie jako dominacja, narzucanie swojego zdania. Wszystko, co Chrystus człowiekowi prze­kazał, nie może być narzucane, bo godność czło­wieka wyraża się poprzez jego wolność. Nikt nie może wiązać drugiego łańcuchami i zmuszać do czegokolwiek, bo to nie ma żadnej wartości. So­bór Watykański II wyraźnie uświadamia, że wła­dza to służba. Stary Kodeks Prawa Kanoniczne­go miał taką piękną frazę: Meminerint episcopi […] se pastor es non percussores esse (Niech pa­miętają biskupi o tym, że są pasterzami a nie pogromcami).

– Słowem, nigdy nie wolno zapominać o  duchu służby.

– Zostaliśmy powołani, żeby służyć, a nie po to, żeby panować nad innymi. Jeśli chcemy panować, nasze miejsce jest gdzie indziej. Chry­stus poprzez świadectwo życia wskazywał drogę. I  my,  tak duchowni jak i świeccy,  jako ludzie wiary mamy być jak ten zaczyn, jak zasiew, który będzie wzrastał.

Paryż, 1 lipca 1995 roku

„Nasza Rodzina”, nr 10 (613) 1995, s. 13-16.