Bóg go nie chciał?

Brat Adam Fułek (Ząbki, 2015) © Barbara Sawicka

Co rano na nogi stawiała go wewnętrzna radość, że rozpoczyna się kolejny dzień, w którym będzie mógł służyć swoją pracą innym – Ad Infinitam Dei Gloriam – na nieskończoną chwałę Bożą. I tak przez 60 lat, niestrudzenie, jako brat zakonny w Stowarzyszeniu Apostolstwa Katolickiego – Brat Adam Fułek.

– Czy kiedyś chciał Brat być księdzem? – zapytałam. Odpowiedź całkowicie mnie zaskoczyła. – „Nigdy” – usłyszałam. Jak to „nigdy”? Przecież każdy woli być księdzem niż bratem zakonnym. Odprawiać msze święte, spowiadać, mieć swoje mieszkanie, może samochód, zostać proboszczem. Powszechnie uważano, że braćmi zakonnymi zostawali ci, którym nie szła nauka albo mieli problemy, m.in. ze zdrowiem. Ale brat Adam naprawdę nigdy nie chciał być księdzem. Jakby duch służby i chęć poświęcenia się dla innych, charakterystyczne dla charyzmatu życia braci zakonnych, były wpisane w jego naturę. – Zawsze chciałem służyć. Służyć kapłanowi sprawującemu Przenajświętszą Ofiarę. Od wczesnego dzieciństwa marzyłem o tym, by być ministrantem – mówił. W wieku sześciu lat, kiedy jeszcze nie mógł nim zostać, aranżował w swoim pokoju ołtarzyki. – Na stoliku przy łóżku zbudowałem podest, sporządzony z małego pudełka. Na nim stawiałem figurkę lub obrazek jakiegoś świętego. Dookoła układałem różne skrawki materiału jako dywaniki – opowiadał. Zwykle „honorował” w ten sposób patrona dnia. Szczególne nabożeństwo miał jednak do św. Antoniego Padewskiego, św. Stanisława Kostki i św. Franciszka z Asyżu. – Może dlatego, że obok był klasztor franciszkanów? – zastanawiał się, patrząc w przeszłość. Właśnie we franciszkańskim „klasztorku” w Brodnicy – jak nazywali kościół Brodniczanie – rodziło się i kształtowało jego powołanie. Droga do celu nie była łatwa. – Mając sześć lat straciłem rękę. Weszła mi drzazga, zrobiło się zakażenie tak silne, że rękę trzeba było amputować – opowiadał. – Może w ten sposób Bóg chciał mnie ochronić przed złem, bo kiedy koledzy wyprawiali się po śliwki do sąsiada, ja nie mogłem przeskoczyć przez płot – żartował. Zaraz potem rozpoczął naukę w szkole podstawowej i prowadził dynamiczne chłopięce życie. Grał w piłkę, biegał, jeździł na łyżwach. Do ministrantów jednak nie chcieli go przyjąć. – To była przedsoborowa liturgia, trzeba było przenosić z miejsca na miejsce ciężki mszał, lekcjonarz, kadzielnicę… – wspominał. Jego pragnienie służby przy ołtarzu było jednak tak wielkie i tak mocno nalegał, że w końcu został przyjęty. Służył z takim oddaniem, że wkrótce został prezesem ministrantów i uczył ich posługi. – Kiedy dwudziestu chłopców wychodziło w albach do ołtarza, to robiło wrażenie – przyznawał.

Bóg mnie nie chce?

Brat Adam Fułek ©.Barbara Sawicka

Maturę zdawał z historii. Planował zgłębiać tę dziedzinę na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Wewnętrzne przynaglenie do służby zakonnej jednak nie dawało mu spokoju. Pierwszym krokiem, jaki trzeba było wykonać na drodze do celu musiała być separacja, oddzielenie od świata. – To nie było dla mnie łatwe – wyjawiał. Wiedział jednak, że chcąc w pełni oddać się „na służbę” Bogu, musiał zerwać ze wszystkim, co mogłoby go odciągać od spraw Boskich, z tzw. duchem świata. Napisał list do Albertynów z prośbą o przyjęcie w szeregi braci zakonnych. Odpowiedź przyszła odmowna. Skierował prośby jeszcze do Bonifratrów i Marianów – efekt był taki sam. W końcu napisał do oo. Franciszkanów. Nie doczekał się jednak odpowiedzi. Kolejną podpowiedzią, którą słyszał w sercu, było Stowarzyszenie Apostolstwa Katolickiego – księży i braci pallotynów. Adres dostał od osoby, która zbierała ofiary na misje. – Wtedy już mówiłem sobie: jeśli tym razem dostanę odpowiedź odmowną, to znaczy, że Bóg mnie nie chce widzieć w życiu zakonnym – opowiadał. Adres nie był właściwy. List – zamiast do Zarządu Prowincjalnego – trafił do seminarium. Jakimś cudem tylko wpadł w ręce prowincjała. – Potem jeden z księży opowiadał mi, że list wyrzucił do kosza, ale po chwili wyjął i dostarczył przełożonemu – wspominał brat Adam. Przełożony w liście zwrotnym zapytał, czy umie pisać lewą ręką i zaprosił go na spotkanie. We wspomnienie liturgiczne św. Anny, 26 lipca 1957 roku, odbył rozmowę z przełożonym, a po miesiącu przekroczył próg seminarium duchownego w Ołtarzewie. Postulat trwał 14 miesięcy. – Przez cały ten czas nie widziałem się z matką i ojcem. To było dla mnie poważne ćwiczenie duchowe, a nawet cierpienie. Byłem jedynakiem – zwierzał się.  Przyznawał jednocześnie, że w tym trudnym czasie czuł, jak Bóg go prowadzi. W październiku 1958 roku otrzymał sutannę i rozpoczął kanoniczny nowicjat. Po dwóch latach złożył Pierwszą Konsekrację.

I klamka zapadła

Brat Adam Fułek (Ząbki, 2015) ©.Barbara Sawicka

Konsekracja była dla brata Adama jednocześnie otwarciem i zamknięciem. Otwierała drogę do służby innym, co było jego pragnieniem i zamykała przed nim świat doczesnych wrażeń. Jak mówi nauka Kościoła – odseparowanie się od świata, by żyć w Bogu, na wzór Jezusa Chrystusa, jest istotą konsekracji zakonnej. Od tej chwili zakonnik nie należał już do siebie, ale żył dla Boga, aby Go uwielbiać, modlić się i Jemu służyć.

Za najzwyklejszymi uczynkami ukrywało się głębokie życie duchowe. I tak było w przypadku brata Adama, choć on sam tak tego nie nazywał. – Nie robiłem nic nadzwyczajnego. Mój dzień był podporządkowany porządkowi dnia we wspólnocie, w której żyłem: modlitwy, rozmyślanie, Msza Św., praca, czytanie duchowne, różaniec, przechadzka, obiad, znów praca i modlitwa. Dawniej było dużo pracy fizycznej. Trzeba było kopać ziemniaki, paść krowy i wykonywać różne inne prace w pallotyńskim gospodarstwie. W nocy co jakiś czas przypadał dyżur stróża – opowiadał. Z rozrzewnieniem wspominał swoją pracę na furcie w Ołtarzewie. To było bycie dla innych 24 godziny na dobę. – Czasy były inne. Zamiast i-Phonów – telefony na korbkę. O domofonach nikt wtedy nie słyszał. O każdej porze trzeba było wstawać, to otwierać, to zamykać drzwi. Przychodzili ludzie z sąsiedztwa, kiedy rodziła żona czy ktoś chorował i trzeba było wezwać karetkę. Telefonów nie było w prywatnych domach. Wszyscy przybiegali do seminarium o każdej porze dnia czy nocy – opowiadał. Ilu bezdomnym pomógł, ilu nakarmił na furcie – nikt tego nie zliczył. Nieustannie ktoś przychodził i prosił. Czasem naprzykrzał się w kuchni, prosząc o dodatkowe porcje posiłku. Nie wyobrażał sobie, że mógłby odmówić proszącym o jakąkolwiek pomoc. – Przychodziły osoby uzależnione od alkoholu. Pytałem: czy byli na mszy świętej w ostatnią niedzielę. Zawsze – chcąc uzyskać swoje – odpowiadali, że tak, byli. Na kolejne pytania jednak, o treść ewangelii czy kazania, już nie znali odpowiedzi. Brat patrzył na nich z pozoru surowym wzrokiem, który jednak szybko zmieniał się w spojrzenie łagodnego współczucia i przynosił obiad. To była jego ewangelizacja.
Kiedy w szkole uczył religii, nie ograniczał się tylko do 45-minutowej lekcji. Spędzał czas z młodzieżą po zajęciach. – Zawsze starałem się wprowadzać elementy praktyczne, by uczyć ich odpowiedzialności za siebie i innych – mówił.

Braterska tożsamość

Brat Adam Fułek (Ząbki, 2015) ©.Barbara Sawicka

Rozmiłowany w katechezie, rozpoczął studia na Akademii Teologii Katolickiej. – Studiowali tam i świeccy, i klerycy, księża, i siostry. Wśród różnych stanów w Kościele – to był dla mnie czas ukazywania innym braterskiej tożsamości. Nie wszyscy rozumieli, dlaczego dokonałem takiego wyboru. Zadawali pytania. Byli ciekawi, na czym polega ten braterski charyzmat. A życie zakonne było wtedy o wiele surowsze niż teraz. Odpowiadałem w prosty sposób: to służba – wspomina. I tę służbę, z poświęceniem, autentyczną, ukazywał na każdym etapie swojego życia. Organizował pielgrzymki braci zakonnych na Jasną Górę. Prowadził junioraty dla sióstr oraz braci.

Był zaangażowany w duszpasterstwo współpracowników seminarium i misji. Prowadził dni skupienia. – Najważniejsze było dla mnie to, że po spotkaniach ludzie czekali na indywidualne rozmowy, chcieli się zwierzyć ze swoich pronlemów, pragnęli, żebym się z nimi dzielił wiedzą i doświadczeniem w sprawach duchowych i materialnych. A ja cierpliwie wysłuchiwałem ich bolączek i radości – wspominał.

Przez 34 lata służył swoją pracą w Pallotyńskim Sekretariacie Misyjnym. Przez wiele lat dbał o korespondencję ze współpracownikami. Angażował się także jako przewodnik duchowy pielgrzymek do Watykanu. – Ojciec Święty zawsze zagadnął, zapytał, co nowego, z kim przyjechałem – wspomina. Jednocześnie głosił rekolekcje, organizował dni skupienia, prowadził młodzieżowe Wieczerniki Misyjne. To do niego przychodzili młodzi chłopcy, a także dziewczęta, by pomógł im rozeznać ich życiowe powołanie lub rozwikłać problemy w relacjach. Uczestnicy Wieczerników wspominają, że wyjazdy z bratem Adamem to była nauka sztuki życia. Pamiętają, jak podczas wypraw w góry uczył ich zachwytu nad przyrodą.

W ostatnich latach życia prowadził archiwum misyjne, regularnie publikował refleksje, to o cierpieniu, to o pracy, o zmęczeniu, smutku czy radości. A miał o czym pisać. Przeżył wiele. I codziennie składał Bogu dzięki za to, że pozwolił mu jako bratu-pallotynowi pracować dla Niego. Swoim życiem, spełnionym życiem, chciał pokazać, że nie trzeba się bać powołania zakonnego.

Monika FLOREK-MOSTOWSKA

Monika Florek-Mostowska ukończyła studia w Ośrodku Studiów Amerykańskich Uniwersytetu Warszawskiego oraz na Wydziale Rusycystyki i Lingwistyki Stosowanej UW, jak i Wyższą Szkołę Dziennikarstwa w Lille. Jest także absolwentką European Studies and Regionalism w European Academy w Bolzano. Pracowała w Radiu Wawa, współpracowała z Radiem Bis oraz „Sygnałami dnia” w Polskim Radiu. Po czteroletnim doświadczeniu pracy w tygodniku „Wprost” zajęła się publicystyką jako free-lancer.  W Radiu Warszawa tworzyła i prowadziła audycje „Spory o wartości” oraz „Warszawski salon naukowy”. Współpracowała z tygodnikiem „Idziemy”, magazynami „Familia”, „Focus”, „Fronda”, a także z „Tygodnikiem Powszechnym”. W roku 2015 wydała Rozmowy o człowieku. Wywiady z ekspertami. Obecnie jest wiceprezeską Pallotyńskiej Fundacji Misyjnej Salvatti.pl

Recogito, rok XXVI, kwiecień 2025